Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turcja. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 29 marca 2012
poniedziałek, 19 marca 2012
Küçük İstanbul
Küçük İstanbul, czyli po prostu "Mały Stambuł" to nazwa często używana przez Turków do określania dzielnic niemieckich (i nie tylko) miast, w których dominują mieszkańcy kraju nad Bosforem. Równie często taką nazwą określa się całe ośrodki miejskie i bez wątpienia Berlin na takie miano zasługuje... Według niektórych mieszka tu około miliona Turków. Część dzielnic bardziej przypomina Stambuł, czy Ankarę niż Berlin. W "mojej okolicy" robię często zakupy po turecku zaopatrując się w tureckie produkty. Fani tureckiego jedzenia z Polski powinni wiedzieć, że w Berlinie do kupienia jest praktycznie wszystko od mercimek çorbası (zupa z soczewicy) i wszelkiego rodzaju kebabów poprzez çig köfte i şalgam, aż po moje ulubione işkembe (tureckie flaki) oraz kelle-paça (zupa z głowy i nóg baranich). A na deser oczywiście baklava, künefe albo sütlaç. A zapomniałem jeszcze o sklepach z "suszonym jedzeniem", czyli "podgryzkami" tureckimi, bardzo charakterystycznych dla tego kraju. Jeden z nich znajduje się dosłownie 100 metrów od mojego mieszkania. Jednym słowem, jeśli ktoś tęskni za Turcją, a nie ma czasu bądź finansów, aby się tam wybrać, może się wybrać latem do Berlina i poczuć się trochę jak w Stambule...
Skąd wzięli się Turcy w Niemczech? Zaproszono ich tu. W latach 60-tych XX wieku RFN przeżywała boom gospodarczy i potrzebowała dodatkowych pracowników. Rząd podpisał umowy o "imporcie" robotników z kilkoma, ówcześnie rozwijającymi się krajami. Między innymi z Turcją. Turcja już w XIX wieku zawiązała dość ścisłe stosunki gospodarcze z Rzeszą Niemiecką. Zaowocowały one m. in. budową kolei, porozumieniem sojuszniczym podczas I WŚ oraz dużym zaangażowaniem niemieckich archeologów w Turcji, do czego jeszcze nawiążę. Plan rządowy był taki,że gastarbeiterzy zrobią swoje, zbudują i wyremontują co trzeba i majętni wrócą spokojnie do swoich memleket'ów - lokalnych ojczyzn. Plan zawiódł. Nowo przybyli nie chcieli wracać do kraju nękanego zamachami bombowymi i zabójstwami na tle politycznym i zaczęli ściągać do Niemiec swoje rodziny. Dalsza część historii jest taka sama jak w wielu rozwiniętych krajach... Imigranci osiedlili się w olbrzymich liczbach (w Niemczech jest od 3 do 4 milionów Turków), ale pomimo upływu czasu integracja nie następowała. I tak mamy dziś tureckie dzielnice w Berline, które z pewnością nadają miastu kolorytu, jednak czasem potrafią przysporzyć problemów. Turcy razem z tanią siłą roboczą przywieźli do nowej ojczyzny wszystkie swoje lokalne podziały - Kurdowie nienawidzą się z Szarymi Wilkami, kemaliści nie pałają miłością do islamistów, a inteligencja z wielkich miast nie za bardzo się rozumie z konserwatywną ludnością pochodzenia wiejskiego. W Berlinie zdarzają się zabójstwa honorowe, tak samo jak na tureckiej prowincji, czy w wielkich anatolijskich metropoliach. Warto pamiętać, że problem integracji dotyczy miast tureckich w takim samym stopniu jak na zachodzie. Tyle tylko,że w Turcji był on wynikiem wewnętrznej migracji ludności ze wsi do miast w miarę postępującej industrializacji kraju.
Na koniec o wspomnianym Pergamonie. W Berlinie znajduje się słynny ołtarz Zeusa, przywieziony z Turcji w XIX w. Zrekonstruowano go w specjalnie do tego celu przeznaczonym muzeum. Od lat jest to jedna z największych atrakcji turystycznych Berlnia. Oprócz ołtarza w muzeum obok znajdują się znaleziska z Troi przywiezione przez Heinricha Schliemanna. Co ciekawe Turcja nie rości sobie prawa do zwrotu artefaktów. Jakby nie patrzeć, wywóz dóbr zalegalizowano na przestrzeni lat. To też przykład na trwającą od lat współpracę pomiędzy tymi dwoma krajami.
Początkowo myślałem, że ten wpis będzie tylko fotorelacją z Małego Stambułu, ale wyszło trochę więcej :) Czas na zdjęcia...
-
Skąd wzięli się Turcy w Niemczech? Zaproszono ich tu. W latach 60-tych XX wieku RFN przeżywała boom gospodarczy i potrzebowała dodatkowych pracowników. Rząd podpisał umowy o "imporcie" robotników z kilkoma, ówcześnie rozwijającymi się krajami. Między innymi z Turcją. Turcja już w XIX wieku zawiązała dość ścisłe stosunki gospodarcze z Rzeszą Niemiecką. Zaowocowały one m. in. budową kolei, porozumieniem sojuszniczym podczas I WŚ oraz dużym zaangażowaniem niemieckich archeologów w Turcji, do czego jeszcze nawiążę. Plan rządowy był taki,że gastarbeiterzy zrobią swoje, zbudują i wyremontują co trzeba i majętni wrócą spokojnie do swoich memleket'ów - lokalnych ojczyzn. Plan zawiódł. Nowo przybyli nie chcieli wracać do kraju nękanego zamachami bombowymi i zabójstwami na tle politycznym i zaczęli ściągać do Niemiec swoje rodziny. Dalsza część historii jest taka sama jak w wielu rozwiniętych krajach... Imigranci osiedlili się w olbrzymich liczbach (w Niemczech jest od 3 do 4 milionów Turków), ale pomimo upływu czasu integracja nie następowała. I tak mamy dziś tureckie dzielnice w Berline, które z pewnością nadają miastu kolorytu, jednak czasem potrafią przysporzyć problemów. Turcy razem z tanią siłą roboczą przywieźli do nowej ojczyzny wszystkie swoje lokalne podziały - Kurdowie nienawidzą się z Szarymi Wilkami, kemaliści nie pałają miłością do islamistów, a inteligencja z wielkich miast nie za bardzo się rozumie z konserwatywną ludnością pochodzenia wiejskiego. W Berlinie zdarzają się zabójstwa honorowe, tak samo jak na tureckiej prowincji, czy w wielkich anatolijskich metropoliach. Warto pamiętać, że problem integracji dotyczy miast tureckich w takim samym stopniu jak na zachodzie. Tyle tylko,że w Turcji był on wynikiem wewnętrznej migracji ludności ze wsi do miast w miarę postępującej industrializacji kraju.
Na koniec o wspomnianym Pergamonie. W Berlinie znajduje się słynny ołtarz Zeusa, przywieziony z Turcji w XIX w. Zrekonstruowano go w specjalnie do tego celu przeznaczonym muzeum. Od lat jest to jedna z największych atrakcji turystycznych Berlnia. Oprócz ołtarza w muzeum obok znajdują się znaleziska z Troi przywiezione przez Heinricha Schliemanna. Co ciekawe Turcja nie rości sobie prawa do zwrotu artefaktów. Jakby nie patrzeć, wywóz dóbr zalegalizowano na przestrzeni lat. To też przykład na trwającą od lat współpracę pomiędzy tymi dwoma krajami.
Początkowo myślałem, że ten wpis będzie tylko fotorelacją z Małego Stambułu, ale wyszło trochę więcej :) Czas na zdjęcia...
Kuruyemiş ve baharat, czyli podgryzki i przyprawy
Market ogólnospożywczy
Tam zjemy adana kebap
Mięsny
Moje ulubione çig köfte
Mały Stambuł nocną porą
-
piątek, 14 października 2011
Z innego kontynentu, innej półkuli, czyli mała wyprawa wschodnia...
ó
Po dość długiej przerwie czas bloga na chwilę reaktywować. Tylko na chwilę, bo rysująca się przede mną wyprawa trwać będzie tylko 3 dni, jednak myślę, że jest warta opisania. Na chwilę obecną znajduję się na lotnisku międzynarodowym w Antalyi i czekam na samolot do Diyarbakır na południowym-wschodzie Turcji. Byłem tam już kiedyś, ale postanowiłem wrócić, żeby zobaczyć Nemrut Dağ i Mardin. Chciałem zobaczyć więcej, jednak zamiast pięciu dni okazało się, że mam do dyspozycji tylko trzy. Ale skoro bilet lotniczy miałem już w kieszeni, to nie wypadało z eskapady rezygnować, tylko nieco zmienić jej 'program'.
To tyle wstępu, czas przejść do konkretów. Około 13.30 wylądowałem w Diayrbakır – nieoficjalnej stolicy Tureckiego Kurdystanu (mam nadzieje, że żaden znajomy Turek tego nie przeczyta, bo zaraz mnie sprostuje że Turecki Kurdystan nie istnieje!). Większości Turków nie zapuszcza się w te strony, bo nic ciekawego tu nie ma, a dodatkowo jest bardzo niebezpiecznie. O Diayrbakır (zarówno mieście, jak i całej prowincji) słychać w mediach głównie przy okazji omawiania ‘problemu kurdyjskiego’. Na miejscu też gołym okiem widać, że o „bezpieczeństwo kraju” dba się tu bardziej niż na zachodzie – na drogach od czasu do czasu zobaczyć można opancerzone pojazdy, w nocy uruchamiane są przydrożne posterunki żandarmerii kontrolujące przejeżdżające pojazdy, a sami żandarmi są bardziej uzbrojeni (wielkie karabiny i hełmy ha głowach) niż ich koledzy na zachodzie kraju. Dodatkowo na lotnisku samolot którym przyleciałem musiał poczekać aż wystartują cztery F-16 (ciekawe czy leciały trenować, czy kogoś zbombardować?), zanim wykołował pod malutki budynek terminala. Ale koniec tego, bo w polityczne dyskusje nie mam zamiaru wchodzić. Z resztą w Diyarbakır tym razem praktycznie nie byłem… Na lotnisku wsiadłem w autobus, który zawiózł mnie bezpośrednio na dworzec minibusów. Stamtąd dotarłem minibusikiem do Mardin.
Mardin to jedna z perełek południowo-wschodniej Turcji. Stare miasto położone jest na zboczu wzgórza nad którym góruje starodawna twierdza. Uliczki są wąskie, pełno jest zakamarków, ślepych korytarzy i ciągnących się w górę (lub w dół) schodów. Niestety zanim zdążyłem dotrzeć do starej części miasta, znaleźć hotel i nieco się ogarnąć było już późno – około godziny 16.30. Jako, że muzeum zamknęło się o 17.00, większość budynków oprócz meczetów zobaczyłem z zewnątrz. Niemniej jednak spacerowanie po nim, nawet tak całkiem bez celu, należy do wielkich przyjemności. Ciekawy jest bazar. Może wcale nie tak duży, ale urokliwy i z pewnością autentyczny. Można na nim znaleźć wielu wytwórców lokalnego rękodzieła, którzy swoje wyroby wytwarzają bezpośrednio na straganach. Korzystając z wolnego czasu udałem się też już pewnie po raz ostatni w tym sezonie do berbera czyli tureckiego fryzjera i golibrody. W moim przypadku chodziło o ten drugi fach. Nie ma to jak dobre ogolenie brzytwą połączone z wypalaniem zbędnego owłosienia i masażem twarzy:) Do pewnych rzeczy w Turcji człowiek się po prostu przyzwyczaja i później brakuje mu ich u siebie w kraju. Jeśli chodzi o mnie to najbardziej tęsknię za niektórymi dziwnymi potrawami (patrz Google) – ciğ köfte, kokoreç, kelle paça, świeżo wyciskanymi sokami no i za wspomnianymi golarzami oczywiście. Pod wieczór kupiłem jeszcze kilka pamiątek, browara w (chyba) jedynym sklepie monopolowym na starym mieście i wróciłem do hotelu. Tam musiałem poprosić o klucz do brudnego prysznica w równie brudnej łazience. Prysznic to w tym wypadku słowo nieco na wyrost, ponieważ urządzenia sanitarne w kabinie prysznicowej ograniczały się do dwóch kurków i plastikowego kubełka do polewania się wodą. Hotel był rzeczywiście obskurny i nic przeciwko takim nie mam o ile cena nie jest wygórowana. W tym wypadku była. 30 lir (ponad 50zł) to zdecydowanie dużo jak na tak marne warunki. Ale właściciele po prostu wykorzystywali fakt bycia monopolistami w segmencie tanich hoteli na starym mieście. Inne hotele żądały od 70lir wzwyż.
Nieco obskurny hotel Başak w Mardin.
Mardin - medresa (szkoła koraniczna).
Mardin - bazar.
Mardin - wąskie uliczki.
Rano wstałem już o 6.30 bo czekała mnie długa droga… Na początek prawie godzinę jeździłem lokalnymi busikami, które w Mardin mają identyczne kolory jak turecka służba więzienna (niebieskie z czerwonym paskiem), różnią się jednak od niej większymi i nie zakratowanymi oknami. Wydaje mi się, że kierowca zapomniał po prostu gdzie miał mnie wysadzić i na koniec kazał wsiąść do busa jadącego w przeciwnym kierunku, który ostatecznie dowiózł mnie na odpowiedni przystanek. Stamtąd ruszyłem z powrotem do Diyarbakır, aby zjeść tam śniadanie złożone z omleta i zupy z soczewicy i wsiąść do busa do Siverek. Tam musiałem poczekać ponad godzinę na następny busik do Kahty zsynchronizowany z promem płynącym przez zalew na Eufracie. W czasie oczekiwania podeszło do mnie dwóch licealistów z ostatniej klasy i po uzyskaniu informacji, że pracuję jako przewodnik postanowili sami oprowadzić mnie po swojej miejscowości. W Siverek nie ma zbyt wiele do zobaczenia, ale chłopacy z dumą pokazali mi bazar, wielki meczet (wielki tylko z nazwy – Ulu Camii) i dawny kerwansaraj służący obecnie za restaurację. Takie zachowanie już mnie wale nie dziwi. Zdążyłem się przyzwyczaić. Im miejscowość mniej turystyczna, ludzie bardziej ciekawscy w pozytywnym tego słowa znaczeniu i bardziej pomocni. O 13:00 wyruszył mój busik do Kahty, do której nie dojechałem ponieważ po drodze „przechwycił” mnie właściciel pensjonatu w miejscowości Karadut, w którym nocowałem prawie 3 lata temu i znów planowałem tam nocleg. Jak się okazało później podwózka nie była darmowa i musiałem za nią zapłacić 10 lir (po stargowaniu z 15). Jak już napisałem podróż z Siverek do Kahty częściowo odbywa się drogą wodną. Kiedy czekaliśmy na prom, uwagę moją skupił oswojony bocian, który zdawał się pilnować przeprawy.
Kiedy dotarłem do Karadut była już prawie 15:00, co oznaczało, że czas ruszać, jeśli chcę zdobyć szczyt przed zmierzchem. Szybko zjadłem obiadek zaserwowany przez właściciela pensjonatu i razem z parą Belgów, których akurat poznałem, poszliśmy powoli w kierunku szczytu. 5km od celu (czyli w około połowie drogi) udało się nam złapać autostop i już chwilę później byliśmy na szczycie. Widok niesamowity, choć same głowy na fotografiach i plakatach wydają się znacznie większe. Poczekaliśmy razem na zachód słońca a później moi nowi znajomi pojechali autostopem w dół, a ja postanowiłem zejść piechotą, jako że miałem znacznie mniej kilometrów do przejścia niż oni. Nie dane mi jednak było iść całą drogę, ponieważ zjeżdżający na motorze pracownik zatrzymał się i kazał mi wsiadać i podwiózł kawałek. Głupio było odmówić, więc wsiadłem. Z tego co pamiętam to był mój trzeci motorowy autostop w Turcji. Także do pensjonatu dotarłem koło 20:00. Droga powrotna była niesamowita, bo cały czas świecił księżyc. Tak mocno, że wyraźnie widać było cienie i latarka, którą miałem, służyła mi jedynie do sygnalizowania swojej obecności przejeżdżającym samochodom. Po drodze zjadłem też swój prowiant złożony z ryżu zawiniętego w liście winogron (z puszki), paluszków, suszonego słonecznika i czekolady. Wystarczyło na tyle, że już nie jadłem kolacji tylko uporządkowałem zrobione wcześniej zdjęcia i poszedłem spać.
Licealiści z Siverek.
Oswojony bocian w drodze do Kahty.
Siverek - wielki meczet.
Kiedy dotarłem do Karadut była już prawie 15:00, co oznaczało, że czas ruszać, jeśli chcę zdobyć szczyt przed zmierzchem. Szybko zjadłem obiadek zaserwowany przez właściciela pensjonatu i razem z parą Belgów, których akurat poznałem, poszliśmy powoli w kierunku szczytu. 5km od celu (czyli w około połowie drogi) udało się nam złapać autostop i już chwilę później byliśmy na szczycie. Widok niesamowity, choć same głowy na fotografiach i plakatach wydają się znacznie większe. Poczekaliśmy razem na zachód słońca a później moi nowi znajomi pojechali autostopem w dół, a ja postanowiłem zejść piechotą, jako że miałem znacznie mniej kilometrów do przejścia niż oni. Nie dane mi jednak było iść całą drogę, ponieważ zjeżdżający na motorze pracownik zatrzymał się i kazał mi wsiadać i podwiózł kawałek. Głupio było odmówić, więc wsiadłem. Z tego co pamiętam to był mój trzeci motorowy autostop w Turcji. Także do pensjonatu dotarłem koło 20:00. Droga powrotna była niesamowita, bo cały czas świecił księżyc. Tak mocno, że wyraźnie widać było cienie i latarka, którą miałem, służyła mi jedynie do sygnalizowania swojej obecności przejeżdżającym samochodom. Po drodze zjadłem też swój prowiant złożony z ryżu zawiniętego w liście winogron (z puszki), paluszków, suszonego słonecznika i czekolady. Wystarczyło na tyle, że już nie jadłem kolacji tylko uporządkowałem zrobione wcześniej zdjęcia i poszedłem spać.
Nemrut - strona wschodnia.
Nemrut - krótko przed zachodem słońca.
Nemrut - strona zachodnia.
Nemrut - muł do wynajęcia.
Ostatniego, czyli trzeciego, czyli dzisiejszego dnia znów wstałem dość wcześnie (o 7.00) i ruszyłem w dalszą drogę. Z Karadut podjechałem do Kahty i stamtąd od razu do Adiyamanu. Adiyaman to dwustutysięczne miasto i stolica prowincji o tej samej nazwie. Tam na początek wybrałem się na otogar, czyli dworzec autobusowy i zakupiłem bilet do Alanyi. Autobus odjeżdżał o 13.30, więc miałem ponad 3h czasu wolnego. Zostawiłem bagaż na dworcu i ruszyłem w miasto. Na początek było śniadanie, czyli zupa z nóg baranich :) Później zwiedzanie miasta. Odwiedziłem kilka meczetów, poszwędałem się po niewielkim bazarze, gdzie zakupiłem nóż i granata. Nóż po to, żeby owego granata rozkroić :) Granat niczego sobie, bo ważył ponad 80 deko! Po bazarze zakupiłem jeszcze paket wspomnianego wcześniej ciğ köfte, a także kilka pamiątek z głowami, które w sklepie papierniczym w Adiyaman były znacznie tańsze, niż gdziekolwiek indziej :) Przygotowany, z zapasem jedzenia (choć zapas ten wcale nie jest niezbędny, gdyż po drodze posiłki można spokojnie zakupić w wielu miejscach) mogłem spokojnie udać się na autobus. Ten wpis w większości został napisany w autobusie relacji Adiyaman – Fethiye właśnie. Minęły już 2,5 h drogi, ale to dopiero początek, bo cała podróż potrwa około 17 godzin!!! Wygodnie jest. Na oparciach wyświetlacze, na których można oglądać filmy i słuchać muzyki, no i Internet z komórki. Żyć nie umierać :) Do następnego.
A teraz czas na suplement czyli tradycyjnie koszty wyprawy, tym razem przykładowe:
-bilet lotniczy Antalya-Diyarbakır: 101TL
-nocleg: 2 x 30TL
-posiłek w pensjonacie w Karadut: 10TL
-śniadanie na dworcu w Diyarbakır (zupa, omlet i herbata): 7TL
-zupa z nóg w Adiyaman: 5TL
-duża porcja ciğ köfte: 5TL
-porcja grilowanych skrzydełek z rożna w Mardin: 7TL
-przejazdy: Diyarbakır-Mardin: 9TL, Diyarbakır-Siverek: 9TL, Siverek-Kahta: 10TL, Karadut-Kahta: 10TL (złodziejstwo!), Kahta-Adiyaman: 3,5TL, Adiyaman-Alanya: 60TL
Kurs EUR/TL: 2,55TL; TL/PLN: 1,68PLN (14.10.2011)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















