niedziela, 18 marca 2012

Berlin Zachodni, dalsza część historii

Poszukiwania pracy nadal leniwe, choć w tunelu pojawiło się światełko nadziei... Nieznany numer, okazał się numerem Hindusa, który rzeczywiście szukał pracownika. Przyszedłem na próbę i przez 2h przygotowywałem różnego rodzaju napoje - zimne, gorące, alkoholowe i niewyskokowe. Najciekawsza była herbata. Stała na kuchence w dużym czajniku. Przygotowywali ją kucharze w kuchni. Mój kolega -  Paweł Skawiński pisał o niej w swojej książce "Gdy nie nadejdzie jutro". Herbata z mlekiem. W tej restauracji podaje się ją z łyżeczką miodu. Jeszcze nie próbowałem, ale jak mnie przyjmą to z chęcią skosztuję.

Próba jako taka średnio mi wyszła, bo motałem się troszeczkę i do wylania drinka (do zlewu, z powodu złych proporcji) się przyczyniłem. Powiedzieli, że zadzwonią. Poczekamy, zobaczymy. Jak, nie to, to poszukam czegoś innego. Dobrze, jakby się odezwali, bo to dosłownie ulicę od mieszkania, do którego mam się wprowadzić. Do tego jedzenie pachniało całkiem elegancko. Cały czas po niemiecku z nimi rozmawiałem, ale język nie jest taki istotny, bo zamówienia na napoje przychodzą z terminala. Poza tym dogadałem się z moim przyszłym współlokatorem co do przeprowadzki. Zupełnie zapomniałem, że mamy rok przestępny. Pamiętałem, że w środę, ale myślałem, że to 01.03, a nie 29.02. Ale środa to środa, więc jutro się przenoszę. Daleko nie mam. Zarówno mieszkania jak i pracy szukałem pieszo, także w niedużej okolicy dookoła hostelu. W mieście, gdzie komunikacja miejska jest bardzo dobrze rozwinięta, nie będę jej musiał być może używać.

Miął chyba już tydzień a ja ani nie opublikowałem, ani nie powiększyłem tego posta. Czas nadrobić straty.

Pracy nadal nie mam. Hindusi nie zadzwonili... Od tego momentu praktycznie nic nie szukałem. Do dziś... Wcześniej nie było chęci i czasu :) Musiałem się przeprowadzić i po dwóch dniach pomieszkiwania w nowym miejscu przyjechali do mnie znajomi z Bydzi. No to trzeba było zwiedzać Berlin, a nie szukać pracy. Przypisała nam pogoda, więc zobaczyliśmy sobie ZOO, ogród botaniczny i jeszcze ze dwa muzea. ZOO było najciekawsze :D

Jak Kuba z Moniką pojechali to zamieszkał u mnie na dwa dni Luke z hostelu. Ten Anglik z którym na początku razem szukaliśmy pracy. Dziś leciał do Londynu, a nocleg miał zarezerwowany tylko do wczoraj, więc przekimał się u mnie. Pokój mam wielki, więc problemu nie było.

Z innych ciekawostek, to odwiedziłem jedne z największych targów turystycznych na świecie - ITB Berlin. Poszedłem tam z pobudek zawodowych jak i z ciekawości. Niestety nie miałem ze sobą aparatu i nie uwieczniłem ciekawych stoisk praktycznie wszystkich krajów świata. Wystawa była olbrzymia - przez 8 h, podczas których tam byłem nie udało mi się wszystkiego zobaczyć. ITB było też okazją do pogłębienia więzi z Alfa Star i obgadania przedsezonowych spraw z Kasią - specjalistą od kierunku Turcja koordynującą naszą pracę ze swojego centrum dowodzenia w Radomiu :)

Czas najwyższy zakończyć tego posta i zająć się czym innym. Mam kilka pomysłów i postaram się je wkrótce zrealizować. W telegraficznym skrócie: od kilku dni pracy już nie szukam, bo za bardzo nie mam już czasu na pracowanie ;) Nie obejrzałbym się, a już musiałbym wracać do Polski, a stamtąd lecieć do Turcji. Także postanowiłem pomieszkać tu do końca marca (pokój i tak mam wynajęty) , korzystać z coraz lepszej pogody i poznawać miasto. Od przyszłego tygodnia spodziewam się kilku gości, więc praca nieco utrudniałaby wspólne spędzanie czasu :)

Także oficjalnie kończę ten wpis, wrzucę kilka zdjęć a następnie opublikuje kilka postów tematycznych.

 Luke z Londynu w Berlinie
Z Kubą i Moniką w ogrodzie botanicznym :)



 Szczyt Alfa Star w Berlinie ;)

 

niedziela, 26 lutego 2012

Z miasta na B do miasta na B

Jak na wagabundę przystało w miejscu nie mogłem usiedzieć zbyt długo;) Dwa miesiące do rozpoczęcia sezonu w Turcji, brak magisterki do pisania i jakiejkolwiek innej pracy, no i chęć ruszenia tyłka... Wystarczy. Bartodzieje fajne są, każdy to powie, ale życie krótkie i trzeba poznawać nowe miejsca. No może nie takie nowe, bo całkiem niedawno tu byłem, tylko do tej pory tylko "liznąłem" to miasto. Ostatnim razem dość pechowe, bo to właśnie tutaj zakończyła się nasza wyprawa z Layem do Senegalu, ale poza tym to nie mam z nim związanych jakichś złych wspomnień. Berlin. Niedaleko, jak na Europę niedrogo no i ciekawie. Tym razem przyjechałem tu nie tylko pozwiedzać i poimprezować, ale chcę również znaleźć pracę i zostać trochę dłużej, tak do wyjazdu do Turcji. Uda się to się uda, nie, to też nie będzie problemu. Jak na razie na dobrej drodze jestem, tylko pracy nie chcę mi się szukać. Na dobrej drodze, bo dziś oglądam dwa pokoje. Ogólnie popyt na pokoje/mieszkania jest tu bardzo duży, a w hostelu słyszałem, że obcokrajowcom jest jeszcze ciężej. Dlatego oba pokoje, które chcę dziś obejrzeć dostępne są tylko na miesiąc. Dobre i to. Jak nie znajdę pracy to wrócę, a jak znajdę to znów znajdę coś na kolejny miesiąc :)

Z oglądania pokojów wróciłem. Oba spoko, dlatego więcej szukać mi się nie chcę. Najpewniej zdecyduję się na mieszkanie z dwoma młodszymi o klika lat lewicowcami/anarchistami bo dobrze się nam razem gadało. Dziś może się spotkamy jeszcze na imprezie na 22 lecie skłotu Köpi na Kreuzbergu. Heh, właśnie zadzwonił Lasse z tego mieszkania i wygląda na to że w środę, albo wcześniej się przeprowadzę. Ciekawe czy pracę też tak łatwo znajdę. Jak na razie to w większości miejsc mówią, że nie potrzebują pracowników. Jeden gość był szczery i powiedział, że za słabo mówię po niemiecku. Ale jak już pokój wynajmę to wcześniej niż za miesiąc stąd się nie ruszam. Berlińską przygodę czas zacząć :)

Görlitzer Park - okolice hostelu i berlińskiego mieszkania.


Kolejny dzień minął. Wczoraj poszedłem na ten skłot. Spotkałem mojego przyszłego współlokatora ale razem nie imprezowaliśmy za bardzo. Ja porozglądałem się i w sumie najwięcej czasu spędziłem siedząc obok Gustawa z Rzeszowa, co kasetami handlował i Nieforemnego z Bydzi znał dobrze :) Także świat jest mały. Polaków było tam pełno, jedno jakby całe pomieszczenie - wchodzę a tam kaczka dziwaczka leci:) Ot przygody. Wróciłem do hostelu koło 3:00 bo zgłodniałem i po drodze trzeba było zakupić w kultowym miejscu "yarım tavuk patatesli" czyli pół kurczaka z frytkami. Zapobiegawczo na wynos wziąłem, bo wiedziałem, że całej porcji nie przejem. Zostało na śniadanie.

 Hühnerhaus 36 - klasyczne kurczaki w niedzielne popołudnie

W sobotę poszukiwałem trochę pracy. Poczułem wiatr globalizacji. Towarzyszył mi Luke - Anglik z barbadoskimi korzeniami z Londynu. Anglik i Polak ramię w ramię szukają pracy u Niemca (choć w sumie kto wie, czy u Niemca;) Luke nie zna ni w ząb niemieckiego i na ogół mówią mu, że bez języka nie da rady, ale w jednym miejscu właścicielem był Anglik, więc nadzieje są. Mi też na ogół mówią, że nie potrzebują pracowników, nawet nie chcą CV. Wczoraj ze 2 tylko zostawiłem. Późnym wieczorem ktoś do mnie dzwonił z nieznanego numeru, ale ja znów na skłocie byłem bez telefonu. Może w sprawie pracy? Oddzwonię i się dowiem. Dziś niedziela, więc w poszukiwaniu pracy przerwa :) Z resztą, obudziłem się o 13.30, bo wczoraj zostałem w Köpim do 6 rano. Okazało, że jest tam znacznie więcej pomieszczeń i rodzajów muzyki niż myślałem. Na początek trafiłem do hip-hopowej, gdzie akurat koncert zaczynała ddekombinacja z Wrocławia. Ciekawy projekt - mocno elektroniczny rap. Później odkryłem małe "kino" z filmami krótkometrażowymi i kilka innych sal. Multikulturowo tak, że mówiłem po polsku, angielsku hiszpańsku i niemiecku (w miarę możliwości ;)
No a kebaba rano przed pójściem spać po turecku zamawiałem :) Może się pomieszać.

Dziś relaks. Pogoda git - słońce, w miarę ciepło i bezchmurnie. Idealnie, żeby się poszwendać po Parku Gorlickim. Pełno ludzi bo niedziela, pełen luz, policji nie widać. Nie chodzi i nie poluje na pijących piwko studentów (nie ma tu z resztą takiego paragrafu nawet), a jakoś mimo wszystko bezpiecznie na ulicach. Jak na razie podoba mi się :)

Tymczasem w Poczdamie...

wtorek, 21 lutego 2012

Egipt z prespektywy Bartodziejów


Troszkę już czasu minęło odkąd wróciłem z pięknego kraju nad Nilem, ale jak do tej pory nie zdałem całościowej relacji z tej wyprawy. Może zacznę od końca... Wróciłem dokładnie 13 stycznia 2012 w piątek. Dzień w ogóle nie okazał się pechowym. Samolot był punktualny, wystartował i wylądował bez problemu z kompletnym podwoziem. Turbulencji nie było :) Nigdy nie wierzyłem w 13-tego, ale po grudniowej przygodzie z Layem na lotnisku w Berlinie zacząłem mieć wątpliwości, czy data ta jest rzeczywiście całkiem obojętna.

Z wyjazdu do Egiptu jestem zadowolony. Piramidy i grób Tutanchamona widziałem, pustynię też. Kąpałem się w Nilu i Morzu Czerwonym. Ale jakby nie patrzeć to nie Senegal. Ostatni wpis poczyniłem w najbardziej południowym miejscu mojej eskapady a mianowicie w Abu Simbel. Było to zanim zobaczyłem największą atrakcję tej miejscowości, czyli kompleks świątynny zbudowany przez Ramzesa II. Poszedłem tam wieczorem, kiedy oprócz mnie miejsce to zwiedzała jedynie grupka francuskich turystów zakwaterowana na zakotwiczonym w pobliżu statku wycieczkowym. Kompleks robi wrażenie. Ze świątyniami związane są dwie ciekawostki. Po pierwsze zostały one rozłożone na części i przeniesione w latach 60-tych, gdy poprzednia lokalizacja miała zostać zalana przez tworzone wówczas Jezioro Nasera. W pracach tych brali udział również Polacy. I nie dziwota. Tama została zbudowana w ramach współpracy egipsko-radzieckiej. Do dzisiaj o przyjaźni pomiędzy dwoma krajami, z których jeden już nie istnieje, przypomina nam monumentalny pomnik stojący nieopodal Wysokiej Tamy. Druga ciekawostka związana jest ze znajomością astronomii przez konstruktorów świątyń... Dwa razy w roku promienie wschodzącego słońca docierają wgłąb jednej ze świątyń, aż do końca korytarza, w którym znajduje się posąg Ramzesa II. Niestety kiedy tam byłem, pomnik oświetlany był jedynie przez światło elektryczne.  Wieczorem przeszedłem się po Abu Simbel w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Wcześniej zjadłem falafela, ale był mały i drogi, a poza tym ile można jeść falafeli. Jedzenie okazało się proste, ale bardzo dobre - barania wątróbka z sałatką i egipskim chlebem. Kiedy jadłem zauważyłem dwójkę młodych turystów i powiedziałem im cześć. Później mijałem ich, gdy siedzieli i pili herbatę i po prostu się do nich dosiadłem. Chłopak pochodził z Belgii, a dziewczyna z Holandii. Porozmawialiśmy sobie o Egipcie i naszych podróżach. Tak samo jak ja, uznali niestety Egipt za "najbardziej natrętny" kraj na świecie. Moi nowi znajomi byli w porządku i chętnie pojechałbym gdzieś z nimi, ale oni następnego dnia chcieli wracać do Kairu, a ja po drodze chciałem jeszcze zobaczyć pustynną oazę Al Dakhla. Kilka dni później okazało się (jak zwykle z resztą), że świat jest bardzo mały i w dwudziestomilionowym mieście można się przypadkowo na ulicy spotkać...
Abu Simbel

Posąg Ramzesa w głębi świątyni.

Z Abu Simbel wróciłem z konwojem kolejnego dnia do Asuanu.  Tam na początek zakupiłem bilet na nocny pociąg do miasta Asjut i korzystając z kilku godzin wolnego postanowiłem przepłynąć się feluką, czyli klasyczną żaglówką nilową. Normalnie wypływa się na 2-3 dniowe rejsy, ale jako że nie udało mi się skompletować załogi (choćby jeszcze dwie osoby), zdecydowałem się na krótki rejsik na plażę. Kapitanowi Hamdiemu Cookowi (tak się przedstawił) powiedziałem, że chcę popłynąć tam, gdzie można się kąpać w Nilu. W przewodniku wyczytałem, że Nil sam w sobie nie jest taki straszny, należy jednak unikać kąpieli w miejscach gdzie woda stoi. Tam czai się motylica wątrobowa. Pasożyt wywołujący straszną chorobę - fasciolozę. Wikipedia swoimi obrazkami jednoznacznie zniechęca nas do poznania pana pasożyta. Hamdy Cook wiedział gdzie mnie zabrać i po pół godziny halsowania dotarliśmy na małą plażę, będącą jednocześnie wodopojem dla zwierząt rogatych, głównie bydła. Woda stojąca nie była, krów za dużo też nie, więc postanowiłem się wykąpać. Bo co to by była za wycieczka do Egiptu bez kąpieli w Nilu? Mój egipski kapitan postukał się po głowie i powiedział, że w styczniu to on się jeszcze nie kąpał. Ale jak się nie kąpać, jak popołudniowe słonko jeszcze świeci a woda ma temperaturę jak mazurskie jezioro pod koniec czerwca :) Po rejsie udałem się jeszcze na zupę z soczewicy (prawie jak w Turcji) i kanapkę z koftą (kotlecikami mielonymi) a później już bezpośrednio na dworzec do Asjut, skąd miałem nadzieję złapać jakiś autokar na Saharę. Podróż była OK i trwała ok 7h, tak że w Asjut byłem około 4 rano. Ku mojej zgrozie okazało się, że najbliższy autobus do Mut na pustyni odjeżdża o 11. Także miałem 7 godzin na poznanie "pięknego" miasta Asjut, łącznie z doświadczeniem wygód spania na ławkach kolejowego peronu (ziiiiimnooooo). Jak wynika z Wikipedii, nie jest to najbardziej znane i atrakcyjne miasto Egiptu, ale przez to jest bardzo autentyczne... Nikt nie zaczepia nas na ulicach (oprócz żebraków nie robiących rozróżnienia turystów i miejscowych). Do tego, sprzedawcy nie są przyzwyczajeni do oszukiwania na cenach... W jednej z obskurnych kawiarni w okolicy dworca napiłem się herbaty i zapaliłem fajkę wodną o smaku papierosów (bez aromatów) za łączną kwotę 1,2 zł.
Z Asjut zgodnie z planem pojechałem do jednej z 5 dużych pustynnych oaz Egiptu - Ad-Dachili alby Al-Dakhli. Oaza kojarzy się nam na ogół z jeziorkiem otoczonym kręgiem palm pomiędzy piaskowymi wydmami. Rzeczywistość jest jednak trochę inna. W Ad-Dachili mieszka około 200 tys osób, także ciężko byłoby się im zmieścić dookoła małego jeziorka. Oaza to cała grupa małych miejscowości i gajów palmowych  rozrzucona na przestrzeni kilkuset kilometrów kwadratowych.


View Larger Map

Na mapce widać jak to mniej więcej wygląda. Druga niespodzianka może dotyczyć wyglądu samej pustyni... W zdecydowanej większości przypadków nie jest to morze piasku upstrzone wydmami, tylko niezarośnięty skalisto - piaszczysty obszar rozciągający się po horyzont. Dużo nie będę o tym pisał bo widać wszystko ładnie na zdjęciach.

W Mut (głównym mieście Ad-Dachili) spędziłem dwa i pół dnia. Pierwszego popołudnia udałem się czym prędzej na pobliskie wydmy. Znajdowały się one tuż przy różnego rodzaju uprawach, co trochę psuło pustynny klimat, ale i tak mi się podobało. Zaszło słońce, wszystko oświetlał księżyc a pomagało mu małe ognisko, które sobie tam zmontowałem. Podczas powrotu zaczął gonić mnie okoliczny dziadek z kijem, ale po wyjaśnieniu, że jestem turystą zrezygnował z agresywnych zamiarów i z uśmiechem uścisnął mi dłoń. Drugiego dnia pobytu w Oazie zwiedziłem osmańskie miasteczko Al Qasr. Bardzo urokliwa miejscowość zbudowana z cegły błotnej. Największe wrażenie zrobiły na mnie czasem i kilkusetletnie akacjowe belki nad wejściami do budynków. Zdobione były one pięknymi osmańskimi inskrypcjami. Po wizycie w starym mieście ruszyłem na kilkugodzinną wyprawę w kierunku wielkich klifów z których spływała rzeka piasku! Zgodnie z obietnicami przewodnika lonely planet znalazłem w owej okolicy różne skamieniałości, w tym kieł dinozaura;) Ostatniego dnia w Mut na 2 godziny wypożyczyłem sobie rower i podjechałem nad pobliskie słone jezioro a także do gorących źródeł Mut Talata.  Pisząc o Ad-Dachili nie mogę nie wspomnieć o przepysznych falafelach sprzedawanych na przeciwko mojego hotelu El - Forsan. Było to moje podstawowe wyżywienie w oazie. Porcji za 2,4 zł nie mogłem przejeść!

Al Qasr - stare miasto i akacjowa belka.

 Rzeka piasku.

Skamieliny.

Gorące źródło - Mut Talata.

Falafel na talerzu.


Po pustynnym odludziu przyszedł czas na megamiasto, czyli ponad dwudziestomilionową metropolię Kairu. Niestety nie miałem już zbyt wiele czasu, bo tylko 3 dni, a to zdecydowanie za mało na takiego molocha. Do Kairu przyjechałem nocnym autobusem i na miejscu byłem koło 7 rano. Hostel zarezerwowałem dzień wcześniej przez internet i było to najtańsze miejsce w jakim spałem w Egipcie. Za noc w czystym dormitorium płaciłem równowartość 15zł. Pierwszego dnia po przyjeździe i drzemce ruszyłem piechotą do starego miasta, a później pod Piramidy (taksą). Pod, bo nie udało mi się już wejść na teren płaskowyżu, na którym stoją. Obejrzałem je z pewnej odległości, ale przynajmniej z efektami:) Załapałem się na pokazy: światło-dźwięk. Podczas kolejnych dwóch dni zwiedziłem interesujące mnie miejsca, czyli Plac Tahrir - miejsce wybuchu ostatniej rewolucji, Muzeum Kairskie, Cytadelę, zamieszkały Cmentarz Północny, Dzielnicę Koptyjską i meczet Al Rifai, gdzie pochowany jest ostatni szach Iranu. To właśnie przy tym meczecie miałem małą przygodę z egipską policją... Chciałem wejść do meczetu, gdy podszedł do mnie młody Egipcjanin. Powiedział, że meczet jest chwilowo nieczynny z powodu wizyty królewskiej rodziny saudyjskiej i że szach pochowany jest w mniejszym meczecie po drugiej stronie ulicy. Od razu dodał, że nie chce żadnych pieniędzy, tylko poćwiczyć mówienie po angielsku. Na miejscu spytał, czy mam legitymację studencką (a miałem z Luksoru:) i powiedział, żebym zapłacił 40 funtów (około 24zł) odźwiernemu za wstęp. Poprosiłem o bilet, ale powiedział, że to na biedne dzieci. Odpowiedziałem, że chyba na niego i że nic nie zapłacę a następnie się ulotniłem. Wróciłem do meczetu z szachem (żadnej wizytacji nie było oczywiście) i tam kolejna osoba poprosiła mnie o pieniądze na bilet. Zacząłem się denerwować, krzyczeć i powiedziałem, że nie za płacę, bo ten meczet jest darmowy (wg mojego przewodnika). Całe zajście widział policjant turystyczny, który stał w pobliżu i podszedł do nas. Skończyło się na tym, że musiałem spisać zeznanie o próbie oszustwa przy wcześniejszym meczecie i kupiłem legalny bilet do meczetu Al-Rifai :D Grób szacha z flagą Persji z lwem zobaczyłem. Kair spodobał mi się bardzo. Trudno wszystko opisać. Ilość ciekawych miejsc, dobre żarcie, klimat metropolii... Porobiłem dużo zdjęć. Zapraszam do oglądania.


 Grób szacha Iranu.

 Stare miasto - Kair.

Z Kairu pojechałem nocnym autobusem do Hurghady, skąd wyleciałem do Warszawy... Dwa tygodnie zleciały...


sobota, 7 stycznia 2012

Nil, świątynie, oazy i pustynie, czyli Egiptu tydzień drugi

Witam!
Ochłonąłem trochę. Nie jest tak źle jak było na początku ;) Można powiedzieć, że się zaaklimatyzowałem ;) Po części nauczyłem się odmawiać i poznałem mniej więcej ceny podstawowych produktów. Jednak bardziej na mój spokój wpływa fakt, że po Luksorze jestem w coraz mniej turystycznych miejscach. Aswan był turystyczny, nie powiem, Abu Simbel też, ale tylko przez 2h kiedy świątynie są pełne turystów przybyłych konwojem. Popołudniu i wcześnie rano panuje spokój. Ale mi było mało i postanowiłem uciec kilkaset KM od doliny Nilu na pustyni (tu jestem). I tu mi się podoba najbardziej! Oazy, palmy, kozy, owce no i oczywiście wyczuwalna i widzialna pustynia! Wydmy sięgają praktycznie miasteczek i wiosek i tworzą białe plamy w zielonym krajobrazie oaz lub szarym krajobrazie pustynnych skał. Generalnie pustynia w większości składa się z kamieni i skał, a wydmy to taki bajer ;) Porobiłem dużo zdjęć, ale zapomniałem znów kabla. W sumie to nie zapomniałem, bo do tej kafejki trafiłem można powiedzieć, że prosto z pustyni. Jutro też tu zostaję przez dzień. Pojeżdżę rowerem i odwiedzę gorące źródło, a wieczorem jadę nocnym autobusem do Kairu. Do ciekawych rzeczy, które się ostatnio wydarzyły można zaliczyć pływanie feluką, czyli tradycyjną żaglówką po Nilu, a także kąpiel w tej wielkiej rzece no i wejście na ogromną wydmę. Więcej napiszę już w Kairze.

środa, 4 stycznia 2012

Z drugiej strony Afryki

Miał być Senegal, a jest Egipt. Czasem tak w życiu bywa :) Do Egiptu przyleciałem na 2 tyg, bo znalazłem dość tani przelot no i nigdy tu jeszcze nie byłem. Z Senegalem porównywać nie ma co, bo przecież to jeszcze nie "czarna" Afryka, no i brakuje mi przewodnika, takiego jakim byłby Abdul w Senegalu. I chyba brak takiego "prawdziwego" miejscowego znajomego jest tu największym zmartwieniem. Nie lubię narzekać, ale nieustanne nachodzenie i zaczepianie przez wszelkiego rodzaju osobników próbujących namówić na cokolwiek jest dość męczące. W Luksorze trudno jest nawet spokojnie gdzieś usiąść, bo zaraz ktoś podejdzie i będzie coś proponował. Z jednej strony można zrozumieć Egipcjan - przez rewolucję z początku zeszłego tego roku ruch turystyczny strasznie zmalał. A w tym kraju dla wielu ludzi jest to jedyne źródło utrzymania. Z drugiej strony, takie traktowanie potencjalnych chlebodawców tylko ich odstrasza... Mam nagranych kilka scen jak podchodzą do mnie "my friends" i zaczynają swoją gadkę. Postaram się to zamieścić jak wrócę do Polski.  A poza tym jest git! Słońce świeci wysoko w górze, jest ciepło, ale nie gorącą i widoczki też niczego sobie. Na pierwszy rzut oka widać, że kraj nie istniał by, gdyby nie Nil. Jedziemy przez 5h przez pustynie, aż tu nagle wyłaniają się zielone pola ryżu, trzciny cukrowej i innych upraw. A na Nilu tradycyjne feluki, czyli egipskie żaglówki. Może jutro uda mi się taką popływać... Chciałbym się wybrać na dwudniowy spływ w dół Nilu, ale zobaczymy, czy uda mi się kogoś jeszcze zwerbować, bo samemu wyjdzie dość drogo.

Późno się odzywam na tym blogu - to już 6 dzień mojej wyprawy. Przyleciałem do Hurghady, gdzie przenocowałem jedną noc, a następnego dnia w Sylwestra pojechałem autobusem do Luksoru. Tam w fajnym hostelu - Boomerang bawiłem się razem z innymi turystami na dachu przy Nubijskiej muzyce i tańcach brzucha. Tak się wybawiłem, że następnego dnia nie zjawiłem się na zbiórce na wycieczkę na zachodni brzeg Nilu do Doliny Królów. Całe szczęście nie było problemu i z wycieczki skorzystałem kolejnego dnia. Oprócz tego w Luksorze widziałem muzeum, ruiny świątyni Karnak i świątyni Luksorskiej. Bilety wstępu są dość drogie, ale przy pomocy jednego z "pomagaczy" zdobyłem kartę ISIC, na któą mam wszędzie 50% zniżki. W Polsce nie mogłem, bo mam już ukończone 26 lat. W Egipcie zmienili mi po prostu datę urodzenia i odmłodzili o rok:) Tak się tu robi. Z Luksoru pojechałem dalej na południe pociągiem do Asuanu. Choć nie ma tu tylu zabytków co w Luksorze, Asuan jest przyjemnym i bardzo ładnie położonym miastem. Z jednej strony zielone pola, a z drugiej pustynia praktycznie dotyka rzeki. Porobiłem fotki, ale nie mam przy sobie teraz kabla, żeby je tu zgrać. Oprócz tego na środku Nilu w Asuanie są dwie większe wyspy i wiele mniejszych. Byłem na jednej jak na razie i była bardzo ciekawa. Spokojna nubijska wioska i antyczne ruiny. Można odpocząć. Z Asuanu przyjechałem dziś wcześnie rano w konwoju policyjno-turystycznym do Abu Simbel. Konwój chyba nie był konieczny i mógłbym przyjechać zwykłym autobusem, ale poszedłem na łatwiznę i dałem się namówić mojemu "przyjacielowi" z Asuanu. Tu nocuję do jutra i wracam do Asuanu, bo innej drogi stąd nie ma ;) Można jedynie Nilem pod prąd do Sudanu, bo to już niecałe 40 km...


poniedziałek, 12 grudnia 2011

Senegalu początki berlińskie.

Do Berlina przyjechaliśmy wczoraj popołudniu. My - znaczy Abdul lub Laye i ja, czyli Bigos lub Wojtek;) Po co przyjechaliśmy wczoraj i gdzie jedziemy jutro? Po wizę do Mauretanii, a lecimy do Maroka. Wizy zdobyć się nie udało (kazali czekać 2 tygodnie), a plan Maroko nadal aktualny. Niestety będziemy musieli się trochę (jakieś 500 km) cofnąć. Wszystko przez wizę do Mauretanii - na granicy nie można, a w Berlinie trzeba czekać. Nie ma innej rozsądnej możliwości ponad Rabat. Jak na kontynentalną solidarność  przystało, Laye, obywatel Senegalu nie potrzebuje w Afryce (znaczy - na naszej trasie w Afryce) żadnych wiz, natomiast mi potrzebne są co najmniej dwie. Jeśli pojedziemy dodatkowo do Gambii, to potrzebna będzie i trzecia. Na razie skupmy się jednak na dotarciu do Senegalu. Przed nami około tydzień drogi. Berlin-Agadir-Rabat-Casablanca-Dakhla-Nawakszut –Dakar. Czas mamy, a przygody lubimy, więc nie powinno być problemu. Mimo niepowodzenia „misji wiza” w Berlinie, czas spędziliśmy tu miło. Pochodziliśmy po industrialnej okolicy przy ulicy Revaler. Zobaczyliśmy Mauretańską ambasadę i zjedliśmy w rekomendowa przez Kornela miejscach :) Takie mini zwiedzanie lekko zakrapiane niemieckim browarkiem. Layowi podoba się, że nikt się tu na niego nie ogląda - po ulicach chodzi mieszanka ludu z całego świata:) A ja wykorzystywałem swój  turecki przy zamawianiu żarcia i drobnych zakupach :) Nie ma co, lubię Berlin. Takie luźne miasto. Mieszkamy w hostelu 7 min od stacji Warschauer Str.  W dużym pokoju podzielonym ściankami działowymi na mniejsze sekcje. Hostel Oddysey Globetrotter. 2 noce. Następną pewnie spędzimy w autokarze relacji Agadir – Rabat. Ludzi tu dość dużo, ale przez ścianki działowe w pokoju nie ma atmosfery szpitalnej. Jak na 8,5€ warunki bardzo przyzwoite :) Następny post pewnie już z Maroka :)




Pocztówki z Berlina.

piątek, 14 października 2011

Z innego kontynentu, innej półkuli, czyli mała wyprawa wschodnia...

ó
Po dość długiej przerwie czas bloga na chwilę reaktywować. Tylko na chwilę, bo rysująca się przede mną wyprawa trwać będzie tylko 3 dni, jednak myślę, że jest warta opisania. Na chwilę obecną znajduję się na lotnisku międzynarodowym w Antalyi i czekam na samolot do Diyarbakır na południowym-wschodzie Turcji. Byłem tam już kiedyś, ale postanowiłem wrócić, żeby zobaczyć Nemrut Dağ i Mardin. Chciałem zobaczyć więcej, jednak zamiast pięciu dni okazało się, że mam do dyspozycji tylko trzy. Ale skoro bilet lotniczy miałem już w kieszeni, to nie wypadało z eskapady rezygnować, tylko nieco zmienić jej 'program'.
To tyle wstępu, czas przejść do konkretów. Około 13.30 wylądowałem w Diayrbakır – nieoficjalnej stolicy Tureckiego Kurdystanu (mam nadzieje, że żaden znajomy Turek tego nie przeczyta, bo zaraz mnie sprostuje że Turecki Kurdystan nie istnieje!). Większości Turków nie zapuszcza się w te strony, bo nic ciekawego tu nie ma, a dodatkowo jest bardzo niebezpiecznie. O Diayrbakır (zarówno mieście, jak i całej prowincji) słychać w mediach głównie przy okazji omawiania ‘problemu kurdyjskiego’. Na miejscu też gołym okiem widać, że o „bezpieczeństwo kraju” dba się tu bardziej niż na zachodzie – na drogach od czasu do czasu zobaczyć można opancerzone pojazdy, w nocy uruchamiane są przydrożne posterunki żandarmerii kontrolujące przejeżdżające pojazdy, a sami żandarmi są bardziej uzbrojeni (wielkie karabiny i hełmy ha głowach) niż ich koledzy na zachodzie kraju. Dodatkowo na lotnisku samolot którym przyleciałem musiał poczekać aż wystartują cztery F-16 (ciekawe czy leciały trenować, czy kogoś zbombardować?), zanim wykołował pod malutki budynek terminala. Ale koniec tego, bo w polityczne dyskusje nie mam zamiaru wchodzić. Z resztą w Diyarbakır tym razem praktycznie nie byłem… Na lotnisku wsiadłem w autobus, który zawiózł mnie bezpośrednio na dworzec minibusów. Stamtąd dotarłem minibusikiem do Mardin. 
Mardin to jedna z perełek południowo-wschodniej Turcji. Stare miasto położone jest na zboczu wzgórza nad którym góruje starodawna twierdza. Uliczki są wąskie, pełno jest zakamarków, ślepych korytarzy i ciągnących się w górę (lub w dół) schodów. Niestety zanim zdążyłem dotrzeć do starej części miasta, znaleźć hotel i nieco się ogarnąć było już późno – około godziny 16.30. Jako, że muzeum zamknęło się o 17.00, większość budynków oprócz meczetów zobaczyłem z zewnątrz. Niemniej jednak spacerowanie po nim, nawet tak całkiem bez celu, należy do wielkich przyjemności. Ciekawy jest bazar. Może wcale nie tak duży, ale urokliwy i z pewnością autentyczny. Można na nim znaleźć wielu wytwórców lokalnego rękodzieła, którzy swoje wyroby wytwarzają bezpośrednio na straganach. Korzystając z wolnego czasu udałem się też już pewnie po raz ostatni w tym sezonie do berbera czyli tureckiego fryzjera i golibrody. W moim przypadku chodziło o ten drugi fach. Nie ma to jak dobre ogolenie brzytwą połączone z wypalaniem zbędnego owłosienia i masażem twarzy:) Do pewnych rzeczy w Turcji człowiek się po prostu przyzwyczaja i później brakuje mu ich u siebie w kraju. Jeśli chodzi o mnie to najbardziej tęsknię za niektórymi dziwnymi potrawami (patrz Google) – ciğ köfte, kokoreç, kelle paça, świeżo wyciskanymi sokami no i za wspomnianymi golarzami oczywiście. Pod wieczór kupiłem jeszcze kilka pamiątek, browara w (chyba) jedynym sklepie monopolowym na starym mieście i wróciłem do hotelu. Tam musiałem poprosić o klucz do brudnego prysznica w równie brudnej łazience. Prysznic to w tym wypadku słowo nieco na wyrost, ponieważ urządzenia sanitarne w kabinie prysznicowej ograniczały się do dwóch kurków i plastikowego kubełka do polewania się wodą. Hotel był rzeczywiście obskurny i nic przeciwko takim nie mam o ile cena nie jest wygórowana. W tym wypadku była. 30 lir (ponad 50zł) to zdecydowanie dużo jak na tak marne warunki. Ale właściciele po prostu wykorzystywali fakt bycia monopolistami w segmencie tanich hoteli na starym mieście. Inne hotele żądały od 70lir wzwyż.


 Nieco obskurny hotel Başak w Mardin.

 Mardin - medresa (szkoła koraniczna).

 Mardin - bazar.

Mardin - wąskie uliczki.

Rano wstałem już o 6.30 bo czekała mnie długa droga… Na początek prawie godzinę jeździłem lokalnymi busikami, które w Mardin mają identyczne kolory jak turecka służba więzienna (niebieskie z czerwonym paskiem), różnią się jednak od niej większymi i nie zakratowanymi oknami. Wydaje mi się, że kierowca zapomniał po prostu gdzie miał mnie wysadzić i na koniec kazał wsiąść do busa jadącego w przeciwnym kierunku, który ostatecznie dowiózł mnie na odpowiedni przystanek. Stamtąd ruszyłem z powrotem do Diyarbakır, aby zjeść tam śniadanie złożone z omleta i zupy z soczewicy i wsiąść do busa do Siverek. Tam musiałem poczekać ponad godzinę na następny busik do Kahty zsynchronizowany z promem płynącym przez zalew na Eufracie. W czasie oczekiwania podeszło do mnie dwóch licealistów z ostatniej klasy i po uzyskaniu informacji, że pracuję jako przewodnik postanowili sami oprowadzić mnie po swojej miejscowości. W Siverek nie ma zbyt wiele do zobaczenia, ale chłopacy z dumą pokazali mi bazar, wielki meczet (wielki tylko z nazwy – Ulu Camii) i dawny kerwansaraj służący obecnie za restaurację. Takie zachowanie już mnie wale nie dziwi. Zdążyłem się przyzwyczaić. Im miejscowość mniej turystyczna, ludzie bardziej ciekawscy w pozytywnym tego słowa znaczeniu i bardziej pomocni. O 13:00 wyruszył mój busik do Kahty, do której nie dojechałem ponieważ po drodze „przechwycił” mnie właściciel pensjonatu w miejscowości Karadut, w którym nocowałem prawie 3 lata temu i znów planowałem tam nocleg. Jak się okazało później podwózka nie była darmowa i musiałem za nią zapłacić 10 lir (po stargowaniu z 15). Jak już napisałem podróż z Siverek do Kahty częściowo odbywa się drogą wodną. Kiedy czekaliśmy na prom, uwagę moją skupił oswojony bocian, który zdawał się pilnować przeprawy.


 Licealiści z Siverek.

 Oswojony bocian w drodze do Kahty.

Siverek - wielki meczet.


Kiedy dotarłem do Karadut była już prawie 15:00, co oznaczało, że czas ruszać, jeśli chcę zdobyć szczyt przed zmierzchem. Szybko zjadłem obiadek zaserwowany przez właściciela pensjonatu i razem z parą Belgów, których akurat poznałem, poszliśmy powoli w kierunku szczytu. 5km od celu (czyli w około połowie drogi) udało się nam złapać autostop i już chwilę później byliśmy na szczycie. Widok niesamowity, choć same głowy na fotografiach i plakatach wydają się znacznie większe. Poczekaliśmy razem na zachód słońca a później moi nowi znajomi pojechali autostopem w dół, a ja postanowiłem zejść piechotą, jako że miałem znacznie mniej kilometrów do przejścia niż oni. Nie dane mi jednak było iść całą drogę, ponieważ zjeżdżający na motorze pracownik zatrzymał się i kazał mi wsiadać i podwiózł kawałek. Głupio było odmówić, więc wsiadłem. Z tego co pamiętam to był mój trzeci motorowy autostop w Turcji. Także do pensjonatu dotarłem koło 20:00. Droga powrotna była niesamowita, bo cały czas świecił księżyc. Tak mocno, że wyraźnie widać było cienie i latarka, którą miałem, służyła mi jedynie do sygnalizowania swojej obecności przejeżdżającym samochodom. Po drodze zjadłem też swój prowiant złożony z ryżu zawiniętego w liście winogron (z puszki), paluszków, suszonego słonecznika i czekolady. Wystarczyło na tyle, że już nie jadłem kolacji tylko uporządkowałem zrobione wcześniej zdjęcia i poszedłem spać.


 Nemrut - strona wschodnia.

 Nemrut - krótko przed zachodem słońca.

 Nemrut - strona zachodnia.

Nemrut - muł do wynajęcia.

Ostatniego, czyli trzeciego, czyli dzisiejszego dnia znów wstałem dość wcześnie (o 7.00) i ruszyłem w dalszą drogę. Z Karadut podjechałem do Kahty i stamtąd od razu do Adiyamanu. Adiyaman to dwustutysięczne miasto i stolica prowincji o tej samej nazwie. Tam na początek wybrałem się na otogar, czyli dworzec autobusowy i zakupiłem bilet do Alanyi. Autobus odjeżdżał o 13.30, więc miałem ponad 3h czasu wolnego. Zostawiłem bagaż na dworcu i ruszyłem w miasto. Na początek było śniadanie, czyli zupa z nóg baranich :) Później zwiedzanie miasta. Odwiedziłem kilka meczetów, poszwędałem się po niewielkim bazarze, gdzie zakupiłem nóż i granata. Nóż po to, żeby owego granata rozkroić :) Granat niczego sobie, bo ważył ponad 80 deko! Po bazarze zakupiłem jeszcze paket wspomnianego wcześniej ciğ köfte, a także kilka pamiątek z głowami, które w sklepie papierniczym w Adiyaman były znacznie tańsze, niż gdziekolwiek indziej :) Przygotowany, z zapasem jedzenia (choć zapas ten wcale nie jest niezbędny, gdyż po drodze posiłki można spokojnie zakupić w wielu miejscach) mogłem spokojnie udać się na autobus. Ten wpis w większości został napisany w autobusie relacji Adiyaman – Fethiye właśnie. Minęły już 2,5 h drogi, ale to dopiero początek, bo cała podróż potrwa około 17 godzin!!! Wygodnie jest. Na oparciach wyświetlacze, na których można oglądać filmy i słuchać muzyki, no i Internet z komórki. Żyć nie umierać :) Do następnego.

A teraz czas na suplement czyli tradycyjnie koszty wyprawy, tym razem przykładowe:

-bilet lotniczy Antalya-Diyarbakır: 101TL
-nocleg: 2 x 30TL
-posiłek w pensjonacie w Karadut: 10TL
-śniadanie na dworcu w Diyarbakır (zupa, omlet i herbata): 7TL
-zupa z nóg w Adiyaman: 5TL
-duża porcja ciğ köfte: 5TL
-porcja grilowanych skrzydełek z rożna w Mardin: 7TL
-przejazdy: Diyarbakır-Mardin: 9TL, Diyarbakır-Siverek: 9TL, Siverek-Kahta: 10TL, Karadut-Kahta: 10TL (złodziejstwo!), Kahta-Adiyaman: 3,5TL, Adiyaman-Alanya: 60TL

Kurs EUR/TL: 2,55TL; TL/PLN: 1,68PLN  (14.10.2011)