Pokazywanie postów oznaczonych etykietą granica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą granica. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 kwietnia 2011

Koło się "zamkło"... Przez Gwatemalę do Meksyku i ustęp o gangach.

Koło się "zamkło", pętla się "zacisła", klamka zapadła ;) Wróciłem do Meksyku. Jeszcze nie do miasta Meksyk, skąd mam lot za 6 dni, ale już znajduję się na terenie tego pięknego kraju. Przynajmniej nikt mnie na granicy żadnej już nie zatrzyma (a mam szczęście do takich rzeczy). Tym razem przekraczanie granic poszło bez problemów, choć oczywiście nie bez nieporozumień. Gdy przechodziłem z Gwatemali do Meksyku. Celnik meksykański poprosił o 262 peso czyli ponad 20$ jakiejś tam opłaty. Dałem mu to z bólem serca i spytałem czy przy wyjeździe znów będę musiał coś płacić... Dopiero wtedy facet zrozumiał, że ja wjeżdżam do Meksyku a nie z niego wyjeżdżam i w tym wypadku nie obowiązuje mnie opłata wyjazdowa :) Zwrócił mi pieniądze i przybił drugą pieczątkę w paszporcie (po raz pierwszy wbił mi stempel wyjazdowy). Na lotnisku w Meksyku na 100% będą się mnie pytali, dlaczego mam 2 pieczątki koło siebie z tego samego dnia. Ale już się zdążyłem przyzwyczaić do "przesłuchań" na granicach.

W Meksyku zatrzymałem się w miejscowości Tapachula - 15km od granicy. Polecił mi ją Jason rowerzysta. Po dłuższym pobycie w Ameryce Środkowej, Meksyk wydaje się być Europą, albo przynajmniej Stanami ;) Nawet czas trzeba zmienić - w AŚ jest tylko jedna strefa czasowa i nie posiadają tam czasu letniego. Centrum Tapachuli to normalne miasto z odnowionymi budynkami, pozamiatanymi ulicami, drogimi samochodami i ludźmi na ulicach po 22. Wszędzie bakomaty i miejsca gdzie można płacić kartą. W parkach nie ma martwych psów (wspomnienie z Managui) Luksus! Do tego pełno chińskich restauracji. To pozostałość po budowniczych kolei w tym regionie. No i nie ma czikenbusów!!! Praktycznie całą drogę z Nikaragui do granicy z Meksykiem w nich spędziłem i szczerze powiedziawszy mam ich dość. Komfort nie przeszkadza, ale pokonywanie 30km w godzinę jest nieco denerwujące.

Ostatni raz odzywałem się na tej platformie z miejscowości Alegria w El Salwadorze. Z tej przyjemnej, górskiej wioski udałem się do stolicy kraju, słynącego z gangów i przestępczości San Salwadoru. Tak jak pisałem, celowo wybrałem się do tej metropolii, żeby sprawdzić czy naprawdę jest taka straszna. Szczególnie, że słyszałem kilka dobrych opinii o tym mieście.

San Salwador zdecydowanie bardziej przypomina stolicę niż Managua w Nikaragui. Więcej jest dużych budynków, szerokich arterii i no i co najważniejsze - centrum (przynajmniej w dzień) pełne jest ludzi. Do miasta przyjechałem około 10 rano i zostałem w nim do 7 rano dnia kolejnego. Nikt mnie nie pobił, okradł ani nie oszukał. Także nie taki diabeł straszny. Choć to, że miasto nie do końca jest bezpieczne widać na każdym kroku. W Gwatemali, Hondurasie i Nikaragui, przed bankami stali uzbrojeni w strzelby (typu szotgan;) ochroniarze. W San Salwadorze takich ochroniarzy widać praktycznie wszędzie: na stacjach benzynowych, w centrach handlowych, w kinie, a nawet na cmentarzu!!! Do tego każdy budynek przypomina więzienie: wysoki mur, drut kolczasty, przewody pod napięciem... Tak to już jest jak się mieszka w mieście o jednym z największych wskaźników przestępczości. W rzeczywistości sprawa wygląda tak - nikt nie powinien nas okraść ani napaść jeśli:

-nie świecimy złotem na lewo i prawo
-poruszamy się w dzielnicach bezpiecznych lub w miarę bezpiecznych (o tym czy dzielnica jest bezpieczna mieszkańcy wiedzą bardzo dobrze i z pewnością ostrzegą nas, jeśli zmierzlibyśmy w zlym kierunku)
-w nocy korzystamy z taksówek (autobusy przestają kursować po 21).

W SS zwiedziłem centrum, muzeum antropologii w dzielnicy drogich hoteli i poszedłem sobie do kina. Centrum miasta jest ciekawe, bo klasycznego centrum nie przypomina. Generalnie jest to jeden wielki targ z kościołami i budynkami rządowymi wyrastającymi ponad niskie stragany. Oprócz zakupów nie ma tam za dużo atrakcji. Muzeum antropologii miesci się dość daleko od centum (prosty dojazd autobusem)
koło Hiltona i Sheratona, gdzie uzbrojonych strażników jest cała masa :) Muzeum OK. Dowiedziałem się jak wygląda kakao i indigo - niegdyś jedne z najważniejszych produktów eksportowych Salwadoru, a także, że z liści kukuryudzy można zrobić lalkę :) Co do kakao to w Salwadorze w wielu miejscach można kupić domowej roboty pitną czekoladę bez mleka. 100% kakao i dużo cukru. Całego kubka nie byłem w stanie wypić, takie to sycące. Po muzeum wróciłem do spokojnej dzielnicy, w której znajdował się mój hostel i wieczorem poszedłem do kina. Do kina w Ameryce Środkowej iść warto. Bilet kosztuje 2-3 dolary :)

Nie da się pisać o Salwadorze i przestępczosci nie wspominając o maras czyli gangach. Jak za wiele złych rzeczy w Ameryce Łacińskiej również  za ogromną ilośc gangów odpowiedzialny jest Wujek Sam. Maras powstały w Los Angeles w latac 80-tych XX wieku, kiedy to Gwatemala, Salwador i Nikaragua trapione były przez wojny domowe. Do Stanów uciekła duża liczba osób, które zamieszkały w południowych metropoliach. Tam również nie były bezpieczne i zaczęły organizować się w celu obrony przed atakami ze strony już istniejących gangów. W mniej więcej ten sposób powstały 2 luźne, choć na wzajem zwalczające się organizacje: Mara Salvatrucha (MS 13) i Mara 18. Słyną one z brutalności i tatuaży. Tatułaże (nawet na twarzach) odgrywały bardzo ważną rolę - po nich moża było rozpoznać choćby rangę gangstera, ale obecnie odeszły w zapomnienie, jako że według prawa samo posiadanie gangsterskeigo tatułaża grozi więzieniem. Inną formą oznaczania przynależności do gangu jest tagowanie swojego terytorium, czyli umieszczanie podpisów malowanych sprayem na wszelkich budynkach. Chłopaków to robiących miałem okazję zobaczyć :) W sumie to prawie wszędzie w San Salwadorze widać tagi. W jednych miejscach jest ich więcej, w innych mniej. Ale wróćmy do historii... Kiedy wojny w AŚ się pokończły, Stany zaostrzyły politykę imigracyjną i zaczęły masowo wydalać osoby choćby podejrzane o przynależność do gangów. Nie informowano oczywiście państw docelowych, za co dana osoba jest deportowana. W ten sposób do Salwadoru, Hondurasu i Gwatemali (Nikaragui i Meksyku w mniejszym stopniu) napłynęła w latach 90tych i w pierwszej dekadzie XXI wieku fala młodych członków gangów, którym nie za bardzo chciało się pracować za 2-3 dolary dziennie (o ile taką pracę mogli w ogóle znaleźć). Przenieśli swoje struktury z USA i w niestabilnych po wojnach i biednych krajach zadomowili się na dobre. Las Maras zajmują się sprawami typowymi dla tego rodzaju działalności, czyli handlem i przemytem narkotyków, przemytem nielegalnych imigrantów, handlem żywym towarem a także wymuszeniami. Jakiś czas temu kierowcy autobusów w San Salwadorze zastrajkowali i wstrzymali przewozy, gdyż nakazały im to maras. Chodziło o wywarcie presji na władze w celu złagodzenia polityki w stosunku do gangów. Kierowcy zastrajkowali, bo bali się ataków. Jak widać oddziaływanie tych "organizacji" jest bardzo silne. Z drugiej strony słyszał ciekawą opinię o przemocy w Ameryce Środkowej. Jeden Salwadorczyk powiedział mi, że to prawda, że u nich jest dużo zabójstw, strzelanin i kradzieży, ale wszystkie te rzeczy robione są w jakimś celu (najczęściej dla pieniędzy). Powiedział następnie, że cieszy się, że nie żyje w kraju, w którym uzbrojone dzieciaki strzelają do nauczycieli i współuczniów... W Slwadorze przynajmniej wiesz czego się spodziewać ;) Obecnie wszystkie kraje prowadzą twardą politykę walki z gangami (wykorzystywane jest nawet wojsko), ale nie do końca zdaję się ona skutkować. Jeśli kogoś interesuje bardziej ten temat (jak choćby mnie :) polecam dokument na youtubie:

Z Discovery, po hiszpańsku



Wróćmy do trasy z Salwadoru do Meksyku. Drogę pokonywałem krótkodystansowo lokallnymi środkami transportu. Uwzględniały one czikenbusy, minibusy, tuk-tuka. taksówkę i łódź. Było powoli ale ciekawie. Po wyjeździe z Salwadoru postanowiłem jedynie przejechać Gwatemalę. Odpuściłem sobie największe atrakcje - jezioro Atitlan i miasto Antigua (no nic, trzeba będzie wrócić :) i postanowiłem przenocować w małym kurorcie nad Pacyfikiem - Monterrico. Bardzo przyjemna miejscowość. Hostele i hotele przy czarnej plaży, trochę turystów z zagranicy i pełno barów i restauracji. W porównaniu z San Juan del Sur w Nikaragui, Monterrico jest zdecydowanie bardziej senne. Wszystko wskazuje na to, że była to ostatnia miejscowość, gdzie mogłem zobaczyć Pacyfik. Dziś w nocy (za 1,5h) wyruszam do San Cristobal de las Casas w głębi lądu. Stamdąd z powrotem do DF.

Znów nie dałem rady wrzucić zdjęć. A nazbierało się ich trochę... Cóż, co się odwlecze to nie uciecze.

Centrum.San Salwador.

Normalny dom z normalnym ogrodzeniem (pod prądem). San Salwador.

Monterrico.

niedziela, 10 kwietnia 2011

O przeprawie do Salwadoru i cyklistach-złodziejach


Niech tytuł tego posta nie sugeruje nikomu, że okradli mnie moi szaleni znajomi. Nie, nie im mogłem zaufać. Niech nie sugeruje także, że stało się coś strasznego, bo w istocie tak nie było. Ale peszki chodzą po ludziach jak wiadomo. Tym razem cyklistami-złodziejami okazali się przygraniczni "pomocnicy" i rikszarze rowerowi. Jechałem sobie spokojnie czikenbusem w kierunku punktu granicznego pomiędzy Nikaraguą a Hondurasem, gdy podszedł do mnie Niemiec z miejscowym (nie wiem czy był z Hondurasu czy Nikaragui-po wyglądzie nie da się ocenić) pytając się czy pojadę z nim w rikszy, żeby było taniej. Długo się nie zastanawiając powiedziałem, że ok. Wtedy pojawił się drugi miejscowy i pomogli nam z bagażami. Wsiedliśmy do "pojazdu" (mam zdjęcie w tym wehikule, ale zamieszcze je wkrótce). Duże plecaki położyliśmy na takiej specjalnej podstawie i ruszyliśmy. Od początku mi się nie podobało. Nie chcieli podać ceny za przejazd. W końcu zgodzili się na 3 dolary za dwóch co i tak było ceną złodziejską. Podjechaliśmy do posterunku imigracyjnego po stemple wyjazdowe (których we końcu i tak nie dostaliśmy hehe, okazały się niepotrzebne).  Duże plecaki zostały w rikszach. Wiedziałem, że nie wolno zostawiać niepilnowanego plecaka, ale pamiętałem też, że nie mam w nim cennych rzeczy, a przynajmniej nie są one łatwe do wyjęcia. Po wyjściu z budynku nasze plecaki były już na dwóch osobnych rikszach. W międzyczasie zmieniłem nikaraguańskie cordoby na hondurańskie lempiry, kiedy to też mnie cinkciaże oszukać chcieli, ale się nie dałem. Dwoma rikszami podjechaliśmy do budki po stronie Hondurasu, tam dali nam stemple, a goście odstawili nas na różne autobusy. Odległość okazała się tak mała, że te riksze wcale potrzebne nie były. Mnie wysasdzili przy minibusach, które są droższe i pewnie mieli z nich prowizje, a Niemca podwieźli trochę dalej. Przy mikrobusach nikogo nie było-znak, że szybko nie odjadą. Poszedłem zatem szukać innego środka transportu. Bez problemu znalazłem czikenbusa. Gdy byłem w środku postanowiłem sprawdzić, czy w plecaku nic nie brakuje. Wtedy przypomniałem sobie, że w zewnętrznej kieszeni miałem aparat do zdjęć podwodnych, kupiony na Utili. Niedrogi, niecyfrowy. Nigdy nie pomyślałem, że komuś może na nim zależeć. Aparatu nie było. Wysiadłem z autobusu i spotkałem tych cyklistów z Niemcem. Powiedziałem im, że mnie okradli i żeby Niemiec sprawdził, czy też mu czegoś nie buchnęli. Oni oczywiście zaprzeczyli, ale ja wiedziałem swoje. Powiedziałem, że i tak tego nie sprzedadzą, a nawet jeśli to za 5 dolarów może i żeby lepiej mi go oddali. Nie poskutkowało. Strata niewielka, a ja nie chciałem tam afery robić, ani policji wzywać. Pierwszego dnia w Hondurasie, w autobusie pewien starszy mężczyzna, żebym uważał bo pełno tam złodzieji. Później dodał, że największym złodziejem w karaju jest policja... Wolałem tego nie sprawdzać.

Później poszło dość gładko, choć dzień był to ciężki. O 6 rano wyszedłem z hotelu. O 18 dotarłem do Alegrii w Salwadorze, gdzie właśnie jestem. Po drodze przetrzymali mnie też chwilkę (45 min) na kolejnej granicy. Tym razem coś im się ze stemplami nie podobało (dłuższa historia), choć cały czas byli wobec mnie bardzo mili. Ostatecznie wyszło na to, że jednak jest wszystko w porządku i powitali mnie w Salwadorze.

Salwador to najmniejszy, a za razem najgęściej zaludniony i najbardziej ludny karaj w Ameryce Środkowej. Słynie z kawy, wojny futbolowej i gangów. Jest także (według statystyk) jednym z najniebezpieczniejszych krajów świata. Z drugiej strony, od mijanych podróżników słyszałem że jest to wspaniały kraj z miłymi ludźmi. Jak na razie by się to sprawdzało. Dziś już 2 razy zotałem podwieziony kawałek pickupem (sami się zatrzymywali, nawet kciuka nie wystawiałem), w tym raz przez policję.

Alegria to malutkie miasteczko w wulkanicznych górach. Znajduje się na zboczu wulkanu, w kraterze którego jest małe jezioro z dużą ilością siarki. Dziś tam się właśnie wybrałem i to podczas tej wyprawy zabierały mnie pick-upy. W pewnym miejscu widziałem siarkę wypłukaną przez wodę. Ciekawe zjawisko. Smierdzi jak w bajkach o diabłach. O Alegrii powiedziała mi pewna Francuzka w fince El Zopilote na wyspie Ometepe. Rzeczywiście ciekawe i zrelaksowane miejsce. Wczoraj uczestnuiczyłem tu w 4 ostatnich stacjach drogi krzyżowej z orkiestrą i wielką figurą Chrystusa. Droga wiodła ulicami.

Juro skoro świt wsiadam do busika i ruszam w kierunku złej sławy San Salwadoru - stolicy kraju. Podobno jest tam całkiem nieźle :) Trzeba to sprawdzić!

Jakbym wiedział, że mnie okradną, to bym tak mordy nie cieszył ;)

Droga krzyżowa. Alegria.

Laguna de Alegria.

czwartek, 17 marca 2011

W końcu Nikaragua!

Nigaragua od początku dawała nam znaki, że nie chce nas na swoim terytorium. Piszę w liczbie mogiej, bo od jakiegoś tygodnia podróżuję z Estefanem, Włochem spod Neapolu. Poznaliśmy się w Belen w Hondurasie i stwierdziliśmy, że raźniej, taniej i bezpieczniej jechać we 2. Dziś jesteśmy drugi dzień w Puerto Cabezas w Nikaragui. Niezbyt przyjemne miejsce... Widać dużą biedę i każdy czegoś chce - na ogół 5 cordobas, czyli 0,25 dolara. Niestety musieliśmy tu przyjechać, aby zalegalizować pobyt w Nikaragui. W przeciwieństwie do wszystkich poprzednich granic, które przekraczałem w Ameryce Środkowej, ta okazała się najtrudniejsza.

Po pierwsze, tak jak pisałem wcześniej, musieliśmy wrócić z granicy w Hondurasie, aby w Puerto Lempira otrzymać pieczątkę wyjazdową. Obyło się bez problemu, na luzie. Gość podbił nam paszporty z datą wyjazdu na dzień kolejny (tego samego dnia nie było już transportu na granicę), i dlatego musieliśmy zostać drugi dzień w Puerto Lempira. Z samego rana wsiedliśmy do pickupa na granicę (znów 125 km po wertepach na pace - myślałem, że mi tyłek odpadnie). Słono sobie za te pickupy tu (przynajmniej w Hondurasie) kasują - 15$ od osoby za 125 km. Tak samo łodzie. Niestety nie ma tu innej możliwości podróżowania (oprócz samolotów, które są jeszcze droższe). Ale wróćmy do granicy. Z pickupa trzeba przesiąść się do pirogi i przepłynąć rzekę graniczną - Rio Coco i teoretycznie jest się już w Nikaragui. Teoretycznie, bo trzeba dopełnić jeszcze formalności wjazdowych (w miejscowości Puerto Cabezas oddalonej o 150 km od granicy) i wszystko powinno być ok.

Generalnie na każdej granicy samemu musiałem prosić pograniczników o podstęplowanie mi paszportu. W Nikaragui natomiast na pierwszym posterunku wojskowym wsiadło do naszego pickupa dwóch żołnierzy i powiedzieli, że musimy z nimi jechać do jednostki w Waspam. Tak też zrobiliśmy. Tam przetrzymali nas ze 2h, pozadawali różne pytania i powiedzieli, że następnego dnia (czyli wczoraj) mamy jechać pierwszym autobusem rannym do Puerto Cabezas. Bo w Waspam stempla nie mieli. Wsiedliśmy zatem wczoraj o 6 rano do chickenbusa (przerobionego autobusu szkolnego z USA) i pojechaliśmy 4h drogą przez mękę aż do mostu na rzece Wawa. Most drewniany, wiszący na metalowych, nieco zardzewiałych linach. Nie wytrzyma zbyt wiele, więc pasażerowie zobowiązani są opuścić środek lokomocji, przejść pieszo i poczekać na autobus/ciężarówkę. Ciekawe zjawisko, więc wziąłem kamerę i zacząłem filmować. I tu mój błąd. Zobaczył mnie żołnierz z posterunku przy moście i zawołał. Spytał gdzie jedziemy, a ja, że do Puerto Cabezas po stemple. Powiedziałem też, że w urzędzie imigrcyjnym wiedzą o naszym przyjeździe. A on, że potwierdzi to przez radio... Wszedł na przęsło mostu (na dole nie miał sygnału), wyjął radio i połączył się z dowódcą... Gdy skńczył rozmawiać, powiedział że nie możemy w ten sposób wjechać do Nikaragui, musimy zawrócić do Hondurasu i wjechać "normalnym" przejściem. Tylko, że w naszym przypadku oznaczało to albo samolot, albo 6 kolejnych dni powrotu przez Wybrzeże Moskitów. Wtedy nie miałbym ani chęci, ani kasy, aby wrócić do Nikaragui. Poprosiliśmy zatem żeby zadzwonił jeszcze raz. Poszedł, wrócił i powiedział: negativo. Zacząłem kląć po polsku, a żołnierz na to - żartowałem, łapcie transport i jedźcie do Puerto do immigración! Poczekaliśmy jakąś godzinę aż w końcu przyjechał swojsko wyglądający Kamaz pełem ludzi, owoców i warzyw, i zabrał nas do Puerto Cabezas. Na "dworcu" od razu wzięliśmy taksę do immigración, a tam kolejne przesłuchiwania... A po co, a na jak długo, a kogo znasz w Nikaragui. Coś prawie jak z Czapką na przejściu jordańsko-izraelskim...
Ostatecznie facet skasował od nas po 17$ (7 chyba sam sobie wymyślił...), dał stempel ważny miesiąc i całkowicie zmienił wyraz twarzy, pogodnie życząc nam udanego pobytu w Nikaragui. Taki esbekowaty typ...
Dziś zrobiliśmy sobie dzień przerwy po kilkudniowej eskapadzie. Na tarce (takiej tradycyjnej) wyprałem swoje rzeczy! A teraz czas na nadrobienie internetowych zaległości....

Co działo się jak nie pisałem? W skrócie spróbuję przedstawić przebieg zdarzeń. Ostatni raz większego posta napisałem z Palenque, czyli 15 dni temu. Stamtąd pojechałem nocnym autobusem do chetumal na granicy z Belize i o 7 rano ruszyłem do Belize City. W busiku był tylko jeden Belizyjczyk i 6 turystów. Szybko się skumplowaliśmy. Powymienialiśmy informacje, a i pewnych operacji walutowych z tymi, co chcieli się pozbyć pesos meksykańskich też dokonałem (nawyk z pracy pilota hehe). Przez Belize praktycznie tylko przejechałem nocując na samym południu w miejscowości Punta Gorda. Przez to, że spędziłem w kraju mniej niż 24h, nie musiałem płacić opłaty ekologicznej (3,5$). Opłatę wyjazdową (15$) jednak skasowali ;)
Belize to ciekawy kraj. Różni się znacznie od sąsiadów, bo...

1) zamieszkuje go ludność głównie czarnoskóra...
2) językiem urzędowym jest angielski.

Pierwsze słowa jakie słyszę wysiadając z autobusu w Belize City (wielkie mi city - ok 60 000 mieszkańców;) to -taxi my friend, a kolejne to - ganja my friend?. O tym, że Belize to taki rasta-kraj przekonuyjemy się dodatkowo patrząc na dworzec autobusowy pomalowany na złoty, zielony i czerwony kolor :) Walutą jest dolar Belize z królową Elżbietą II stanowiący 0,5 USD. Daltego wszelkich operacji można dokonywać w dolarach amerykańskich.

Ciekawy był przejazd przez Belize. Pierw 4h w busiku, póżniej 6h w czikenbusie. Nie miałem pojęcia, że w tym malutkim kraju (troszke większym niż kuj-pom)  można jechać autobusem przez 10h!!! Jadąc z północy na południe widać jak zmienia się krajobraz i ludność. Czarnoskórzy i ustępują miejsca ciemnym Latynosom i Indianom. Słychać mieszanke języków: angielski, hiszpański, dialekt maya i język garifuna). Domki na palach, z biegiem trasy ustępują miejsca krytym liśćmi palmowymi indiańskim chatom. Na pewno warto zatrzymać się na dłużej w Belize. Kraj słynie też z ekoturystyki i łatwo dostępnych szlaków w dżungli. Niestety na to nie miałem już czasu.

O poranku poszedłem do przystani w Punta Gorda aby zdążyć na łódź do Livingston w Gwatemali (25$). Kupiłem bilet i facet powiedział mi, żebym przyszedł odpowiednio wcześniej dokonać formalności imigracyjnych. Wcześniej, to znaczy 15min przed wypłynięciem:) Granica śmiechu warta, trzeba wołać babkę, żeby podstemplowała paszport. Nikt  żadnych  pytań nie zadaje. Luz kompletny.

Na łódce do Livingston poznałem Gwen, Kanadyjkę, z którą spędziłem kolejne 3 dni. W Livinston zamieszkaliśmy w tym samym hostelu (super miejsce, na kolacje za 5$ był cały talerz krewetek!!!) a później postanowiliśmy że razem popłyniemy łodzią w górę Rio Dulce do miejscowości o tej samej nazwie). To właśnie tam mieszkaliśmy w hostelu, do którego dostać się można było tylko łodzią. Właściciel przywozi do hotelu z Rio Dulce i odwozi (przy czekaucie) za darmo, w innych wypadkach należy zapłaćić 3,5$ od osoby za kurs w obie strony lub wziąć darmnowy kajak. Wybraliśmy opcje drugą bo ciekawsza, tylko że zapomniałem o telefonie w kieszeni moich kąpielówek i zorientowałem się jak już za ekranem woda była. Inne ładunki na kajaku nie ucierpiały.

Po 3 dniach Gwen pojechała w kierunku Tikal w Gwatemali, a ja do Hondurasu. Podróż z Gwatemali do Hondurasu trwała cały dzień i wieczorem dotarłem do La Ceiby - maista z którego wyływa się na wysepki - Islas de la Bahia. La Ceiba wieczorem sprawiała niemiłe wrażenie - dużo bezdomnych i ludzi proszących o pieniądze. Rano z poznanymi Niemkami i Belgiem popłynęliśmy promem na wysepkę Utila, z której też coś niecoś napisałem. Super zrelaksowane miejsce, można spobie tam poplażować, ponurkować, pojeździć na rowerze i co tam sobie jeszcze kto zapragnie. Na wysepce prawie wszyscy robią papiery na płetwonurków, ponieważ jest to jedno z najtańszych i najlepszych miejsc na świecie o takowym przeznaczeniu. Nie ma żebraków i bezdomnych bo prom ze stałego lądu kosztuje 23 $ w jedną stronę.

Na Utili spędziłem 2 dni, a trzeciego rano popłynąłem do La Ceiby i stamtąd przez Tocoę dotarłem do Iriony (3,5h odcinek 80km, czikenbusem przez bezdroża) - wrót do Wybrzeża Moskitów. Później były pickupy, łodzie, pickupy, co zilustrują zdjęcie :) Chciałem tylko nadmienić, że nawza Wybrzeże Moskitów pochodzi od plemienia Miskito, które z kolei zawdzięcza swoją nazwę muszkietom. Tak tak, ludność miskito (mieszanka czarnoskórych i miejscowych Indian, mówiąca specyficznym językiem - mieszanką dialektu indiańskiego i języków: hiszpańskiego, francuskiego i angielskiego) przy pomocy muszkietów kupowanych od Anglików nie chciała dać skolonizować się Hiszpanom. Do dziś jest to region autonomiczny (w Nikaragui) i może przez to wojskowi byli tak skrupulatni.

Wracać tą samą drogą już bym nie chciał... Ale wyprawa przez Wybrzeże  Moskitów jest wara świeczki. Może jeszcze opiszę wszystko co tu widziałem dokładniej, tymczasem zabieram się za wrzucanie zdjęć...