sobota, 9 czerwca 2012

Ostatni dzień w Ugandzie


Co tu dużo pisać? Tak się zaaferowałem tą afrykańską podróżą, że o blogu prawie zapomniałem ;)

Przed chwilą wrzuciłem zaległego posta sprzed tygodnia, a teraz czas na nadrobienie strat.  W chwili obecnej siedzę w kawiarni w Kampali w Ugandzie i czekam na autobus do Kigali, mający odjechać za dwie godziny. Teraz tylko w skrócie opiszę co się działo, a jak wrócę na Bartodzieje to postaram napisać parę przemyśleń i obserwacji na Czarnym Kontynencie poczynionych.

Po rozpoznaniu jeziora Bunyoni, jego wysp i okolic postanowiliśmy udać się do lasu Budongo znanego z szympansów i wielu innych dzikich zwierząt. Najszybsza droga wiodła przez stolicę, czyli Kampalę. W porównaniu do Kigali to wielka metropolia. Niestety niezbyt ciekawa. Nam dane było spędzić w niej tylko jedną noc i postanowiliśmy zanocować w tanim hotelu w okolicy dworca autobusowego. Okolica piękna – w dzień jeden wielki bazar, w nocy prostytutki, dilerzy i złodzieje :) Generalnie i Rwanda, i Uganda są dość bezpieczne, ale w Kampali trzeba uważać. Chwila nieuwagi, a można stracić portfel, telefon, czy pieniądze.  Doświadczyłem tego na własnej skórze… Kiedy kupowałem (późnym wieczorem) coś do picia na ulicy podbiegł do mnie chłopak i wyrwał mi z ręki banknot 20 000 szylingowy (ok. 30 zł). Bartodzieje nauczyły zachowania w dużym mieście, dlatego mocno trzymałem banknot, tak że złodziejowi dostało się ¾ a mi ¼ papierka :) Niestety ¼ nie miała już żadnej wartości… Taka mało przyjemna sytuacja :/

Z Kampali ruszyliśmy w kierunku Busingiro, gdzie podobno można było zobaczyć szympansy za bardzo małe pieniądze. Dojechaliśmy tam popołudniu i okazało się, że oficjalnie nie ma opcji oglądania szympansów, ale lokalny strażnik parkowy może nam coś rano zorganizować. Powiedzieliśmy, że ok… Wieczorem przeszliśmy się po tej bardzo urokliwej wsi – domy z cegły błotnej kryte trzciną, brak prądu, szaman w środku wsi – ot Afryka prawdziwa. I jak wszędzie w okolicach – ciekawscy i przesympatyczni miejscowi. W pewnym momencie podeszło do nas dwóch chłopaków i gdy im powiedzieliśmy, że jutro mamy tropić szympansy ze strażnikiem (oczywiście odpłatnie), zaczęli się śmiać …
- A po co wy ich chcecie ze strażnikiem po lesie szukać?
- A co? Nie ma już szympansów w okolicy?
- Nie, są. Nawet bardzo dużo… Ale po co po lesie biegać? Przecież one co dzień rano o 6:00 przez tą tu drogę przebiegają z dżungli na pobliskie wzgórze i uprawy.
- Co??? Szympansy we wsi? I mamy szansę je zobaczyć? Za darmo?
- Pewnie, to praktycznie gwarantowane…

Dzieciaki mają to do siebie, że na ogół jeszcze nie potrafią kłamać. Przyszliśmy rano na drogę i na własne oczy widzieliśmy kilka małpoludów przebiegających przez drogę. Widzieliśmy je tylko chwilę, ale była to niesamowita chwila...

"Przecież one co dzień rano o 6:00 przez tą tu drogę przebiegają z dżungli na pobliskie wzgórze i uprawy..."


Szympansy za darmo, czyli oszczędzone koło 100$, więc postanowiliśmy kontynuować podróż po lesie Budongo aż do Wodospadów Murchisona. Długa i droga eskapada. Samochód, minibus, godzina mototaksówką i  2 godziny statkiem. Do tego płatne wejście do parku, nocleg w parku, przejście z łodzi do kempingu. Łącznie ponad 100$ nas to wszystko wyniosło. Ale nie żałuję. Ze statku widać mieszkańców parku – hipopotamy, bawoły, słonie, krokodyle, antylopy, guźce, czyli takie afrykańskie świnie i wiele innych. Safari w 100%. Do tego niesamowita noc na kempingu. Tuż nad potężnymi wodospadami Murchinsona, bez elektryczności, ale z ogniskiem przy pełni księżyca. Na całym kempingu byliśmy samo jedni – nawet strażnicy opuścili go na noc. W takich momentach czuć potęgę natury. Bez wątpienia. Niesamowita przyroda i niezmącony spokój :) 

Z wodospadów ruszyliśmy inną trasą (za zbójecką opłatą) terenowym samochodem z niemieckimi turystami z powrotem do Busingiro. Tam chcieliśmy ponownie zobczyć naczelne w akcji, ale o 6:00 rano padał deszcz i nie chciało nam się wyjść spod dachu pod którym spaliśmy.

Kolejną noc spędziliśmy znów koczując (bo nie było pokojów w hostelu) w Entebbe, niedaleko Kampali. Spaliśmy na trawniku przy hostelu :) Największą atrakcją Entebbe jest zoo z miejscowymi zwierzętami, które były ranne lub zostały uwolnione z rąk kłusowników. Mamy tam 11 szympansów, które mają swoją wyspę, dwa wielkie nosorożce, dwie żyrafy, parę lwów i jeszcze wiele inych zwierzaków. Dla nas największą atrakcją były małpy biegające wolno w ogromnych ilościach po zoo. Prześmieszne zwierzęta. Kradną ludziom jedzenie z rąk! Bez problemu można je karmić. Jedzą wszystko i nie boją się brać jedzenia z rąk. Gorzej jak spróbujemy im jedzenie odebrać – pazury i zęby idą w ruch. Do tego robią baaardzo groźne miny :)

W Entebbe udało się nam mecz inauguracyjny Euro 2012 obejrzeć. Nie miałem koszulki Polski i w barze siedziałem w koszulce Rwandy:) No niestety 1:1, a mogliśmy wygrać…

I tak mniej więcej dotarłem do końca wyprawy. Emil został w Entebbe, bo stamtąd wylatuje, a ja jadę do Kigali. W Rwandzie będę miał 2 dni. 

 Bawół afrykański ;)
 Wodospady Murchisona - zawsze wbrew zasadom

 Kemping przy wodospadzie

 Nowi znajomi w ZOO w Entebbe

 Pan nosorożec - ZOO Entebbe

Powrót do przeszłości, czyli krótka notka z jeziora


2 czerwca 2011

Rano, jezioro Bunyoni. Właśnie zaczął się czwarty dzień naszego rejsu po jeziorze. Idzie nam całkiem dobrze, a łodzie służą za mobilny dom.  Powiązaliśmy dwa czółna, tak że teraz mamy dość stabilny i duży katamaran. Nawet żeglować wczoraj próbowaliśmy z zaimprowizowanym z plandeki żaglem :) Emil z pagajem siedział z tyłu i wiosłował, a ja z przodu przy pomocy drugiego pagaja i rąk rozpostarłem plandekę, tak że wiatr pchał nasze czółna do przodu. Do momentu, aż mi ręce zdrętwiały... Jednak nie ma jak dobry maszt. 

Duńczyk i Polak – stare wilki morskie. Wzbudzamy ogólną sensacje wśród miejscowych, gdziekolwiek się nie pojawiamy :) Nie to, żeby białych nie widzieli. Wręcz przeciwnie - jest ich tu bardzo dużo, ale raczej spędzają oni czas w ośrodkach na brzegu jeziora i na wyspach, a nie koczują prawie cztery dni po jeziorze w cudacznym katamaranie.

 Gdzie śpimy i co jemy? – Właśnie obudziłem się po trzeciej i chyba ostatniej nocy. Dwie z nich spędziliśmy  na łodziach, jedną w szałasie. Także cały czas na dziko w
„Dzikiej Afryce”. Co do jedzenia to pierwszego dnia (a raczej popołudnia) przed wyruszeniem zrobiliśmy dość spore zapasy żywności. W ich skład wchodziło: 6l wody, 1,5l koli, 1,5 l fanty, 0,75l miejscowego samogonu (nadal widzimy:), 2 worki bułek, wielka kiść bananów, pół kilo lokalnych owoców, pół kilo pomidorów, pół kilo cebuli, troszkę czosnku, imbiru i soli. Wczoraj zapasy oficjalnie wyczerpaliśmy. Zostało trochę czosnku, imbiru, soli i nawet trochę księżycówki.  Oprócz zapasów żywiliśmy się na bieżąco – drugiego dnia zahaczyliśmy o „pensjonat” na wyspie Itambira, a wczoraj pierw kupiliśmy od miejscowych trochę trzciny cukrowej – polecam, a później człowiek wyglądający na szefa starszyzny pewnej wioseczki ugościł nas w swoim domu i dał nam za darmo gotowanej fasoli z gotowanym (niesłodkim) bananem. W tym klimacie takie posiłki sprawdzają się w 100%. Mięso wcale nie jest bardzo potrzebne i spokojnie można tu bez niego przeżyć. Trochę żałowaliśmy, że nie zabraliśmy na wyprawę pół kilo sera i trochę miejscowej kiełbasy (w Rwandzie smakowała ona całkiem całkiem), ale takich zakupów mogliśmy dokonać tylko w mieście Kabale (naszym pierwszym postoju w Ugandzie), a nie nad samym jeziorem. Tego bym się nie spodziewał, że w małej afrykańskiej wiosce nie kupimy ani sera, ani kiełbasy, ale bez problemu dostaniemy dziwne lokalne piwo, bimber, a nawet trawkę :)

Kończę, bo czas ruszać. Zapasy skończone, więc płyniemy na wyspę Bushara na jakieś śniadanie. Wieczorem oddajemy łódź :/

 Kenteth znad jeziora Bunyoni

 Noc nr. 2 - szałas pionierów i legowisko z trzciny :)\

Film z rejsu dłubankami

czwartek, 31 maja 2012

Rwanda i Uganda – dalsza część historii



27 maja. 

Spokojny wieczór nad jeziorem Kivu, więc i czas na aktualizację treści jest.  Trzeciego dnia rano wyjechałem z Kigali. Nie obyło się bez niespodzianek. Z hotelu mieszczącego się tuż przy dworcu autobusowym wyszedłem około 8:30 rano, poinformowany, że autobusy do Gisenyi kursują co 30 min. Przychodzę na dworzec – biura firm przewozowych pozamykane, a po chwili panowie z kijami każą opuścić to  miejsce. Przed dworcem zaczęto dzielić tłum na mniejsze grupy i kierowano je w różnych kierunkach. Jeden z „przywódców” akcji (paradoksalnie w koszulce stambulskiego Fenerbahce) niejednokrotnie używał kija (raczej delikatnie) i głośno krzyczał. Mi kazano stać z boku. Nie wiedziałem co się dzieje – nawet trochę się bałem, że to może jakaś powtórka z 1994 roku? W końcu pan w garniturze, niewielkiego wzrostu powiedział mi, że to narodowy dzień sprzątania Rwandy i od 9:00-11:30 wszyscy obywatele muszą w sprzątaniu uczestniczyć. Taki czyn społeczny. Pan stojący obok powiedział że pracuje dla pewnej instytucji związanej z ochroną goryli (chyba jeszcze o tym nie wspomniałem, że w Rwandzie są te olbrzymy). Powiedział, że był w Słowenii na konferencji i tam poznał dziewczynę z Polski, bardzo zainteresowaną Rwandą i chcącą tam pojechać.  Także świat znów okazał się mały :) Najciekawsze w czynie społecznym było to, że niektórzy w nim nie uczestniczyli (choćby wszyscy w garniturach), a ci co brali udział, nie za bardzo garnęli się do pracy. Najbardziej serio woje zajęcie traktowali faceci z kijami i kijkami. Co jakiś czas zdzielili tego czy tamtego i ustawicznie przestawiali ludzi z miejsca na miejsce. Jakby nie patrzeć efektywne to to nie było ;) Przed 11:00 ponownie wpuszczono ludzi na dworzec, a o 11:30 autobusy zaczęły wyjeżdżać. Tutaj tylko taka ciekawostka, że autobusy w Rwandzie zdają się naprawdę punktualne!
Zamiast być rano w Gisenyi nad jeziorem Kivu, byłem po 14:00. Tam poszedłem na spacer tuż pod samą granicę z Demokratyczną Republiką Konga. Imigrantów nie było widać, ale w rzeczywistości w Rwandzie znajdują się obozy dla uchodźców z tego pogrążonego w wojnie domowej Kraju. Z granicy poszedłem na plażę, gdzie akurat kończył się mecz siatkówki plażowej kobiet o kwalifikację olimpijską (FILM). Był to finał pucharu Aryki. Zwyciężył Mauritius. Po ceremonii z tańcami ludowymi na plaży spotkałem Duńczyka – Emila, z którym teraz podróżuję. To właśnie w Gisenyi zatruliśmy się trochę pierwszego wieczora, o czym już wspomniałem. Gisenyi to taki Ruandyjski kurort. Tyle tylko, że nad jeziorem (ale sporym), bo dostępu do morza ten malutki kraj nie posiada.  Jest tam kilka barów i dyskotek, sporo tanich „gospód” oraz lepszych hoteli. Jeden z hoteli posiada własną plażę, Ala ta publiczna również jest OK.

Narodowy Dzień Sprzątania Rwandy

Narodowy Dzień Sprzątania Rwandy cz. 2

Mauritius świętuje zwycięstwo - Gisenyi


30 maja. Poranek.

Czas tak szybko leci, że już prawie tydzień jestem w Afryce. Przy okazji udało mi się zmienić kraj pobytu i od wczoraj jesteśmy z Emilem w Ugandzie :) Ale o tym za chwilę. W Gisenyi posiedzieliśmy dwa dni, a trzeciego ruszyliśmy do pobliskiego miasteczka – Kibuye. Na mapie wygląda, że jest ono bardzo blisko. Gdyby płynąć łodzią byłoby to maks 15 km. Ale droga lądowa wiedzie przez góry, nie jest utwardzona i przejechanie ok. 100 km zajęło nam ponad 5h! Kibuye to też jakby kurorcie nad tym samym jeziorem, jednak znacznie mniejszy i spokojniejszy. Tam wpadliśmy na pomysł, żeby wynająć łódź od rybaków i popłynąć nią na okoliczne wysepki. Rybacy zdziwili się wielce, że do nich przyszliśmy, ale powoli, powoli udało się nam wytłumaczyć, że chcemy tylko łódź bez załogi i damy im za to pieniądze. Zgodzili się i po chwili mieliśmy już swój transport wodny. Jako że była już 16:00 nie mogliśmy sobie pozwolić  na dalszy rejs i podpłynęliśmy tylko na jedną bezludną wysepkę, która okazała się być zamieszkana przez krowę i cielaka :) (FILM)


Doić też umiem, choć tego akurat nie nauczyłem się na Bartodziejach ;)


31 maja 15:00

Z kibuye ruszyliśmy bezpośrednio do Kigali i stamtąd pod granicę Ugandyjską w Gatunie. Pierwszy nocleg spędziliśmy w kultowym hotelu – House of Edirisa w Kabale, już po stronie Ugandyjskiej. Następnego dnia udaliśmy się moto-taksówkami na wybrzeże jeziora Bunyoni, gdzie jeszcze tego samego dnia wynajęliśmy za śmieszne pieniądze dwie łodzie-dłubanki i ruszyliśmy w podróż po jeziorze. Pierwszą noc spędziliśmy w czułnach na wyspie Munanira (FILM). Było niesamowicie. Na początek już po zmroku podpłynął miejscowy i zaczął mówić, że nie mamy prawa tam być. Nie mamy prawa też odpływać bez uiszczenia opłaty jemu jako strażnikowi. Krzyczał groził, w końcu zszedł z łodzi i ugadaliśmy się na 5$. Kiedy je dostał bardzo się ucieszył, po czym przyszedł po jakimś czasie z miejscowym instrumentem i zaczął nam grać i śpiewać. Przygoda warta 5$ :) (FILM)
Pływanie po tym jeziorze jest dość bezpieczne a i okolica spokojna. Jezioro Bunyonyi to wg niektórych źródeł – drugie najgłębsze jezioro w Afryce. Ma 900m głębokości, a lustro wody znajduje się na wys 1900 m n.p.m. Woda jest dość chłodna, ale kąpać się można spokojnie – nie ma krokodyli, hipopotamów, ani partyzantki :) Dookoła jeziora a także na wielu wyspach mieszkają ludzie i wszystkie zbocza pokrywają uprawne tarasy. Co ciekawe nie ma tu ryb, za to występują raki, których można spróbować za niewielkie pieniądze w lokalnych „pensjonatach”. Dużo jest wszelkiego rodzaju ptaków, wśród nich i żurawie afrykańskie. Jednym słowem sielanka po afrykańsku. Szczerze polecam :) 

Właśnie odpoczywamy po obwitym obiedzie na wyspie Itambira. Moglibyśmy tu nocować, ale przygoda niech trwa dalej i po prostu odpoczniemy trochę i popłyniemy dalej. Z ciekawostek – małe ptaszki podjadają cukier trzcinowy z cukiernicy, a do miejsca gdzie siedzimy wszedł Japończyk w długich dredach:) Jest tu trochę muzungu, czyli białych:) PS Dredy okazały się sztuczne :)

Nasz katamaran

 Pionierzy



Żurawie

niedziela, 27 maja 2012

Rwanda FAQ, czyli często zadawane pytania...


Na opisywanie kolejnych dni afrykańskiej przygody przyjdzie jeszcze czas a teraz taki post w którym postaram się odpowiedzieć  na pytania, które sam zadałbym (czasem z przymrużeniem oka) gdybym był czytelnikiem tego bloga…

– Nikt cię nie chciał zjeść?      
– Nie! O przypadkach kanibalizmu w Rwandzie nie słyszałem :)

– Nie boisz się?
– Nie za bardzo, najbardziej boimy się tego czego nie znamy – poczytałem o Rwandzie i
   stwierdziłem, że za dużo mi tu nie grozi…

– Nie jest za gorąco?
– Kigali jest na wysokości ok. 1300 m n.p.m. więc znacznie zmniejsza to panującą tu temperaturę. W nocy śpię pod cienką pościelą w dzień nie jest goręcej niż 30 stopni. W Alanyi, w Turcji, gdzie byłem w pracy a nie na wakacjach bywało znacznie gorzej…

– Jak traktują cię jako białego?
–Myślę że normalnie, ewentualnie jako lokalną atrakcję. Z rasizmem jak na razie się nie spotkałem i bardzo mi przykro z powodu tego, że ja mogę sobie chodzić spokojnie w sercu Afryki a każdy z ciemniejszym odcieniem skóry w naszym kraju jest potencjalnie narażony na bezsensowny atak ze strony rasistowskich debili.

– Jak jedzenie?
– Trudno mi na razie powiedzieć bo mało próbowałem. Omlet z ziemniakami smakował jak omlet z ziemniakami :)

Aktualizacja – 27.05.2011
– najpopularniejsze wydają się być tu otwarte bufety, gdzie płaci się za pełen talerz wybranych potraw, jeśli talerz zwiera mięso/rybę, to płaci się więcej :) Bufety składąją się na ogół z ryżu, gotowanych, bananów, frytek, fasoli czerwonej, szpinaku i różnych innych wynalazków, nie aż tak bardzo egzotycznych (żadnych robaków, małpich mózgów itp.;). Generalnie im bufet droższy, tym większy wybór potraw.

 – jeszcze wczoraj napisałbym , że bezpiecznie jeść wszystko, ale tak nie jest. W jednym z otwartych bufetów struliśmy się z poznanym wczoraj Duńczykiem. W nocy bolały nas głowy i wymiotowaliśmy. Rano było ok. Prawdopodobnie mięsem, bo było bardzo twarde, chyba z jakiejś starej krowy. Dziś w innym miejscu zjadłem opcję bez mięsa :)

– mają bardzo ciekawą herbatę. Jeszcze nie znam jej składu ale jest aromatyzowana, kwaskowa i z gęstym mlekiem, tak że kubek ciężko wypić na raz.

– Jak dziewczyny?
– Ładne mają pupy ;)

– Trzeci świat, to z pewnością jest tanio?
– Problem biednych krajów jest na ogół taki, że zarobki są niewielkie, bezrobocie duże, a ceny normalne. Przykłas: 10km trasy moto-taksówką kosztuje około 6zł. Jak w Bydgoszczy byłyby takie taksówki to trasa z Bartodziejów do Fordonu tyle właśnie tyle by kosztowała. –No tak ale w Rwandzie z pewnością jest tańsza benzyna…
– nie do końca, w przeliczeniu litr benzyny kosztuje tu około 5,8 zł…

-1,5 l wody mineralnej – 4zł!
-otwarty bufet bez mięsa 6,5 zł
-otwarty bufet z dużym wyborem jedzenia (szaszłyki, tilapia (duża ryba słodkowodna) – 25zł
-kanapka z szynką – 1,7zł
-nocleg w tanim hotelu 28-45 zł
-piwo Primus 0,72l – 4,5 zł

Także nie jest tak drogo, ale jest wiele tańszych krajów, gdzie zarobki są wyższe niż w Rwandzie.


– Zaszczepiłeś się na coś?
– Tak jeżdżę po świecie i czasem się szczepię… Mam międzynarodowy certyfikat szczepień z wpisanymi szczepionkami na żółtaczkę typu A i żółtą febrę. Oficjalnie Rwanda wymaga tego drugiego, jednak nikt na granicy nie poprosił mnie o książeczkę.

– A co z malarią?
– Na malarię nie można się zaszczepić. Powinno się brać antymalaryczne leki przepisane przez lekarza. Leki te nigdy nie gwarantują 100% bezpieczeństwa. Kurację powinno zacząć się jeszcze przed wyjazdem do strefy malarycznej. Nie miałem na to za bardzo czasu :) Stosuję sposób sprawdzony na Wybrzeżu Moskitów system: OFF,  Autan, czy tam inny specyfik na komary i używam go obficie po zapadnięciu zmroku. Może się czytelnik zdziwi, ale w moim przypadku to działa. Komary mnie nie tną. A to właśnie one roznoszą to choróbsko. Do tego (przynajmniej w Kigali) są w każdym hotelu/kwaterze moskitiery, dodatkowo nas chroniące.
– Gdzie nocujesz?
– Pierwsze 2 noce spałem u pana Mobimby będącego panem Noah  w prywatnym domu na kwaterze, kolejne 3 w tanich hotelach, których wydaje się być pod dostatkiem. Jak na razie płaciłem po ok. 45zł za noc. Poniżej zdjęcia z tych miejsc.

Pokój w  tanim hotelu w Kigali

 Pokój u pana Mobimby



Łazienka u pana Mobimby :)

Taxi-moto przy granicy z DR Kongo

Lokalne owoce

piątek, 25 maja 2012

Pierwszy właściwy dzień w Ruandzie


Ponownie witam! Chyba to już  tradycją będzie, że wieczorami będę robił wpisy na bloga. Słońce zachodzi punktualnie nie wiem o której ale jak to koło równika bywa, dzień trwa co dzień mniej więcej 12 h:)  Także o ile nie będę tu za dużo imprezował, to każdego wieczora postaram się coś napisać.

Dziś już bardziej kompetentnie niż wczoraj mogę pisać o tym malutkim kraju, jako że dane było mi spędzić w nim cały boży dzień. Dzień minął na oswajaniu się z Afryką i zwiedzaniu Kigali. Jak wrażenia? Super! Podoba mi się.  Ludzie przyjaźni, uśmiechnięci, wcale nie nachalni i nawet ceny rzucają nieturystyczne :) Z resztą, w Kigali masowej turystyki z pewnością nie ma :) Biali przewijają się czasem, ale nie koniecznie muszą to być turyści. W mieście dużo jest misjonarzy, pracowników NGO’sów no i jako że jest to stolica – dyplomatów. Ale osoby które wymieniłem poruszają się raczej samochodami i nawet na moto-taksówkach  za bardzo ich nie widać. Jako biały, czyli umuzungu wzbudzam ogólne zainteresowanie miejscowej ludności. Kiedy szedłem do muzeum ludobójstwa otoczyła mnie chmara dzieciaków – krzyczały umuzungu właśnie, łapały mnie za ręce i trzymając mnie z dumą szły przed siebie. Do nich dołączały kolejne, tak że przed samym muzeum towarzyszyło mi około piętnastu szkrabów :) Inną reakcją z którą się często spotykam to słowa hello rasta wypowiadane z szerokim uśmiechem…

Jak minął pierwszy dzień w kraju tysiąca wzgórz?... Obudziłem się po 5h snu i już spać nie mogłem – czasu marnować nie wolno szczególnie, że dzień trwa 12 h. Pan Noah (albo Mobimba :) wypuścił mnie z domu zamkniętego na klucz i wytłumaczył jak dostać się do centrum. Najprostszy sposób?
 – taxi moto, panie! Wcześniej takie wynalazki widziałem w Iranie i słyszałem o ich istnieniu w Bangkoku. W Rwandzie mają się bardzo dobrze. W przeciwieństwie do Teheranu zabierają tylko jednego pasażera na jeden motor i… dają mu kask! Tego bym nie podejrzewał. Przygoda fajna, przygoda tania – ok. 2 dolary za ok. 25 minutową przejażdżkę.  W centrum, które stanowi kilka wieżowców pokręciłem się tu i tam, zakupiłem prowiant, kartę sim, wymieniłem trochę kasy i przekonałem się że karta visa w niektórych bankomatach działa, a karta master card nie za bardzo.  Następnie korzystając z google maps przeszedłem skrótem przez ciekawą dzielnicę na dworzec autobusowy gdzie wypytałem się o transport do Gisenyi nad jeziorem Kivu. Później udałem się do punktu obowiązkowego każdej wizyty w Kigali, czyli Muzeum Ludobójstwa (Kigali Genocide Memorial Centre). Jak ławo przewidzieć z takiego miejsca nie wychodzi się z uśmiechem. Bardzo dobitna ekspozycja. Zaczyna się dość łagodnie – pokazana jest sytuacja Rwandy przed 1994 rokiem – czasy kolonialne, niepodległość i droga do masakry. Później robi się ostro. Narzędzia użyte do zabijania dorosłych i dzieci, zdjęcia zrobione tuż po masakrze, filmy wideo przedstawiające wywiady z osobami którym udało się przeżyć i na koniec setki zdjęć tych, którym się nie udało. Nawet kilkumiesięcznych dzieci… Porównanie z Oświęcimiem, zawarte w poprzednim wpisie nie było przypadkowe. Ta różnica tylko, że osób pamiętających osobiście Auschwitz jest bardzo niewiele, a osób pamiętających rok 1994 są miliony. O przyczynach i przebiegu tej okropnej masakry pisał tu nie będę. Kto czuje się zainteresowany  pewnością znajdzie bardzo dużo materiałów w Internecie…

czwartek, 24 maja 2012

Z Kigali pozdrowienia dla Ziomali (Ziomalek też coby dyskryminacji nie było)


Gdyby jeszcze jakieś dwa tygodnie temu ktoś mi powiedział,  że będę się w tym momencie znajdował tam, gdzie właśnie teraz jestem, to bym się w czoło postukał… Bo jakim cudem niby? Ja w sercu Czarnego Lądu, tuż pod równikiem, na południowej półkuli? Nie może być!

Życie ma jednak to do siebie, że potrafi nas czasem zaskoczyć:) Od dwóch tygodni nie pracuję już w Turcji. Jako, że od początku na blogu tym całkowicie pomijałem sprawy zawodowe, i tym razem  nie będę się zagłębiał w szczegóły. Odszedłem i tyle. I nagle okazało się, że zamiast robienia objazdów po pięknej Turcji, mam wolne. A co robi Bigos jak ma wolne? Kombinuje, gdzie by tu znów pojechać… Na początek pojechałem do Stambułu do cioci Melehat, czyli tak zwanej mojej „tureckiej mamy” jeszcze z czasów Erasmusa.  Zawsze mi mówiła, że mogę u niej pomieszkać, to w końcu skorzystałem z oferty :) Ze Stambułu musiałem wyjechać po kilku dniach, jako że kończyła mi się wiza. Wybrałem „najpiękniejszą” stolicę Europy, czyli Sofię ;) Tam odwiedziłem kumpla o tajnym pseudonimie Zdravko, z którym również znamy się od czasów stambulsko-studenckich.  No ale wróćmy do rzeczy…

Czemu Kigali i gdzie to w ogóle jest (szczerze powiedziawszy, jeszcze dwa tygodnie temu nie umiałbym zlokalizować tego miasta na mapie)? Odpowiedź prosta, dla niektórych może szokująca. Bo bilet był tani :) A gdzie jest Kigali? A w Ruandzie.  Przerwa na mapkę...


Tak, tak kto oglądał film Hotel Rwanda to kojarzy… Kto nie oglądał to też pewnie od razu ma przed oczami mord dokonany na prawie milionie osób w 1994 roku. Niestety to prawda, ale czas płynie i powoli, powoli leczy rany. W Chorwacji też w tym samym mniej więcej czasie była wojna, a dziś nikt nie boi się tam jeździć... Troszkę zdążyłem poczytać o tym malutkim (ponad 10 x mniejszym od Polski) kraju i stwierdziłem,  że jest to destynacja bezpieczna (znacznie bezpieczniejsza od Salwadoru, czy Gwatemali, gdzie nic złego mi się nie stało), a do tego bardzo ciekawa. O tym jaki jest ten kraj będę pisał na bieżąco, a na razie pierwsze wrażenia…
Na początek o locie… Muszę powiedzieć, że był to jeden z najprzyjemniejszych i najciekawszych (jeśli chodzi o widoki) lotów mojego życia. Przyjemny bo to najlepsze linie w Europie, reklamowane przez drużynę Manchester United. Pyszne jedzenie, piwko, zestaw podróżnika (klapki na oczy, stopery do uszu i skarpety z gumową podeszwą) i miłe stewardessy. A najlepsza z całego lotu była oczywiście cena. 350€ za bilet Stambuł-Kigali-Stambuł to mniej więcej jedna trzecia normalnej ceny… Taka promocja :D Co do widoków to tak… Na początek moje ulubione miasto, czyli Stambuł. Super pogoda, przejrzyste powietrze, tak że było widać wszystko jak na dłoni. Później był zachód słońca, ale nie koniec widoków. W ciemnościach leciałem na dwoma  (te zauważyłem) metropoliami. Pierwszą był z pewnością Kair (byłem to poznałem, Nilu nie podrobisz :) a drugą chyba Chartum w Sudanie, choć tego na sto procent nie wiem. Później leciałem nad ziemią obiecaną rastafarian, czyli Etiopią i miałem okazję podziwiać burzę z samolotu. Potem tylko Kenia, Uganda i po 6 h lotu byłem na miejscu.

W Kigali 20 stopni i środek nocy. Lotnisko malutkie, kameralne. Służby celno/graniczne uśmiechnięte :) Pogranicznikowi pokazałem paszport i promesę wizy załatwioną on-line, a on powiedział mi po polsku dobry wieczór i kazał zapłącić 30$ (oficjalana opłata wizowa, potwierdzona papierkiem, a nie żadna łapówka). Dostałem pieczątkę i już legalnie byłem w Afryce. Odebrałem bagaż i wyszedłem na spotkanie pana Mobimby (który okazał się nie być panem Mobimbą, tylko panem Noah ;) z którym przez internet załatwiłem nocleg na pierwsze 2-3 noce i transport do tegoż noclegu właśnie. Pana Mobimbę, nie będącego panem Mobimbą poznałem po kartce z napisem „Bigos” i z nim udałem się do samochodu, którym zawiózł mnie do swojego domu.  W Rwandzie, jak i na Ukrainie popularne są kwatery,  czyli po prostu pokoje w prywatnych domach wynajmowane podróżnym. Dom ok. Czysto i schludnie. Łazienka ładna, prąd jest, tylko wody nie ma :) Znaczy bieżącej i to teraz. Bo kubeł z wodą w łazience stoi i honduraskim sposobem prysznic wziąć mogłem. I tak to właśnie o 2.35 czasu lokalnego (będącego latem tożsamym z czasem polskim) kończę ten wpis, rozwieszam moskitierę i gaszę świeczkę z IKEI, wyprodukowaną w Polsce, która stała na nocnej szafce w moim pokoju. Ot globalizacja…



DZIEŃ DRUGI

Wpis właściwy będzie później. Teraz tylko kilka zdjęć z Kigali i informacja, że nadal nikt mnie nie zjadł, nie poszlachtował a komary nie dały się we znaki :) Cywilizacja jest tu całkiem całkiem. Kierowcy jeżdżą w miarę przepisowo. Karty sim z internetem a także tanimi połączeniami do Europy, do kupienia na każdym rogu, a co najciekawsze - nie ma plastikowych torebek. Zakazane. Tylko papierowe :) Ekologiczna świadomość na miarę XXI wieku. WIFI też jest. W chwili obecnej piję ruandyjską kawę w kawiarni przy muzeum upamiętniającym ludobójstwo z 1994 roku. Przygnębiające miejsce, porównywalne z Auschwitz...

Na koniec obiecane kilka zdjęć bez większego ładu i składu...

Kigali - widok od strony muzeum ludobójstwa

Inna dzielnica :)

Zwykła szara ulica ;)

A na koniec trochę lokalnej przyrody...


Przyroda cz. 2

środa, 4 kwietnia 2012

Powrót na Bartodzieje i podsumowane berlińskie dzieje...

Rym niezbyt ładny, ale jest :) Już trzeci dzień jak jestem w domu i czas na podsumowanie wyprawy berlińskiej oraz opisanie pewnej wręcz niemożliwej historii. Że pojechałem, nie żałuję. Zawsze jakieś nowe doświadczenie, poznane miasto, w którym mógłbym już po małym treningu oprowadzać, zmniejszenie oporów w rozmowie po niemiecku no i nowe znajomości. Moi współlokatorzy zapewnili mnie, że mogę w każdej chwili do nich przyjechać i mam w Berku nocleg. Pewnie się kiedyś przyda :)

Ostatnie dni minęły bardzo szybko. Na początek na tydzień przyjechała Czorna, z którą przemieszkałem cały ostatni sezon w Turcji. Zdjęcia z naszych harców zamieściłem już jakiś czas temu w galerii. Oprócz standardowych punktów programu zobaczyliśmy dalekie muzeum lotnictwa i w końcu Górę Diabła - Teufelsberg. Według mnie to najlepsza i najbardziej oryginalna atrakcja Berlina. Wysokie na ponad 80 m wzgórze jest tak naprawdę sztucznym kopcem usypanym z gruzów zniszczonego Berlina. Na jego szczycie przez okres zimnej wojny znajdowała się zbudowana przez amerykańskie NSA stacja nasłuchowa. Zimna wojna się skończyła. Amerykanie i Brytyjczycy wyjechali a budowle rodem z filmów SF pozostały. Obecnie jest to teren prywatny, ale przez dziury w płocie, czy po prostu górą przez płot można się dostać bez większych problemów do środka.

Teufelsberg

Tak mi się to miejsce podobało, że byłem tam dwa razy. Drugi raz z kolejnymi gośćmi, którzy mnie odwiedzili. Mniach i Dybciu przyjechali na 2 dni i to właśnie dzięki nim bezpiecznie dotarłem razem z komputerem do Bydgoszczy. 


Z chłopakami odwiedziliśmy jeszcze jedno słynne, opuszczone miejsce w Berlinie - wesołe miasteczko w Spreeparku. Niestety jest to lokalizacja znacznie bardziej centralna niż Teufelsberg i wchodzenie przez płot jest dość ryzykowne. Dlatego bardzo się zdziwiliśmy, że na miejscu jeździ uruchomiona w tym sezonie kolejka wąskotorowa objeżdżająca cały obiekt. Za 2 € mieliśmy możliwość dostania się całkiem legalnie przez płot i objechania całego terenu bez potrzeby wysiadania z wagoników.



A na koniec obiecana historia z cyklu - takie rzeczy się nie zdarzają. W sobotę, 10 marca około godziny 17:00 w pobliżu przystanku tramwajowego przy ulicy Warszawskiej (Warschauer Strasse), czyli mniej więcej tutaj, gdzie zielona strzałka:



...w wyniku ogólnego roztargnienia i zmęczenia zostawiłem swój aparat razem z torbą i kartami pamięci na ławce, na której chwilę siedziałem. Na ulicy, gdzie pełno ludzi różnego pokroju, tuż przy przystanku tramwajowym i stacji metra. Zorientowałem się po pół godziny i pędem ruszyłem w kierunku tej feralnej ławki. Oczywiście po aparacie nie było śladu. Nerw totalny i wręcz załamanie mnie dopadło. Bo co innego jakby ktoś wyrwał mi ten aparat, wtedy do niego miałbym pretensje, a nie do samego siebie... No ale nic stało się. W niedzielę pojechałem na te targi turystyczne i bez aparatu nie mogłem zrobić żadnych zdjęć. W poniedziałek natomiast poprosiłem Lassego, żeby zadzwonił do biura rzeczy znalezionych i się spytał o ten aparat. I co? Był tam już! Nie mogłem uwierzyć. Takie rzeczy tylko w Niemczech ;) Ktoś oddał aparat wart około 400€!!! Chciałem skontaktować się ze znalazcą, ale nie zostawił żadnych numerów. Za wykup musiałem w biurze 7,5€ zapłacić, ale to nic w porównaniu z potencjalną startą. Od tej pory w Berlinie wszytko się mi już podobało i zaprzestałem szukać pracy :D Aparat mi wystarczył. To tyle. Pozdrawiam z Bydzi!