sobota, 9 lutego 2013

Sryt Madryt

Witam wszystkich po dłuższej przerwie i z miejsca obiecuję, że zaczyna się nowa podróżnicza przygoda! Dokładniej - kontynuacja nieudanej eskapady z grudnia 2011 roku, kiedy to federalna policja niemiecka nie pozwoliła nam dolecieć do Senegalu. Obecnie znów podjęliśmy wyzwanie i jak na razie wszystko przebiega zgodnie z planem. Z Bartodziejów wyruszyliśmy 2 dni temu, czyli 7 lutego 2013. Pierwszy nocleg przypadł na Kraków - dawną stolicę Polaków, a kolejny był już w stolicy obecnej Królestwa Hiszpanii, czyli w Madrycie. W porównaniu do zeszłego roku to o 50% wzrosła liczba uczestników - jest nas trzech: Abdoulaye, Piotras i ja. Dziś jeszcze pozwiedzamy sobie piękny, acz chłodny Madryt - sryt, a za około 5 godzin ruszamy już na lotnisko na nasz samolot do Dakaru!

"Prawdziwi terroryści zawsze siedzą z tyłu..."

piątek, 18 stycznia 2013

Blog Roku 2012

Dziś znów nie o podróżach... Zapraszam wszystkich do przejrzenia blogów konkursowych w konkursie Blog Roku 2012... Niniejszy blog również został zgłoszony w kategorii: pasje i zainteresowania...

Poza tym chciałbym zapowiedzieć, że niedługo (jakoś w połowie lutego) zacznę opisywać nową  wyprawę o tajemniczym kryptonimie "Senegal z legalnymi paszportami".



sobota, 1 września 2012

BGS tv

Witam, witam i z Bartodziejów pozdrawiam! Nigdzie daleko ostatnio nie byłem, ale przynajmniej czas na polepszanie bloga mam :) Uruchomiłem niedawno (na razie w wersji testowej) stronę z filmami z podróży. Stronę postaram się skrupulatnie powiększać, jako że materiału filmowego z różnych miejsc posiadam dość sporo. Wejść na nią można klikając w link powyżej lub po prostu TUTAJ.




wtorek, 10 lipca 2012

Bartodziejskie podsumowanie afrykańskiej wyprawy...

Prawie miesiąc już minął odkąd nie stąpam po czerwonej, afrykańskiej ziemi, ale drobinki kurzu z Ugandy i Rwandy pewnie noszę jeszcze gdzieś głęboko w dreadach, a jeśli nie to na pewno mam je w sercu. Co tu dużo pisać? Zakochałem się w Afryce! Mam ogromną nadzieję, że jeszcze tam wrócę. W końcu wyprawa do Senegalu nadal w planach, choć w czasie bezterminowo przesunięta... Od innych moich wyjazdów ten wyróżniał się tym, że praktycznie go nie planowałem. Od momentu kiedy w ogóle wziąłem Rwandę pod uwagę do momentu wylotu minęły 2 tygodnie. W międzyczasie nie myślałem zbytnio o Afryce tylko planowałem wyjazd do Iranu... Dla porównania: o wyprawie do Meksyku myślałem 4 lata, zanim udało mi się tam polecieć, a tu jeden wielki spontan! Nie wiedziałem czego się spodziewać, nie miałem większych oczekiwań, ale już po wszystkim uważam, że decyzja o wylocie na Czarny Ląd była najlepszą z możliwych!

Muszę się przyznać, że na początku trochę się bałem - strach przed nieznanym. Nie wiedziałem tylko, czego bać się bardziej - ludzi czy chorób? Trochę nieswojo czułem się gdy pan Mobimba  (którego tel, e-mail i nazwisko podałem kilku znajomym w razie czego) powitał  mnie na lotnisku w środku nocy i powiedział, że wcale nie nazywa się Mobimba... Później jechałem z nim samochodem do mieszkania i chodziły mi po głowie takie myśli, czy czasem zamiast mieszkania nie zobaczę jakiejś piwnicy w której ktoś wytnie mi nereczkę ;) Dobrze, że nie zorientowałem się, że klamki w samochodzie nie działają od środka (byłem zatrzaśnięty:) Z drugiej strony myślałem - jakby takie przypadki się zdarzały to ktoś by o nich chyba doniósł, a nawet nasz ostrożny MSZ pisze, że Rwanda jest krajem w miarę bezpiecznym. Koniec końców pan Mobimba (ja już tak go będę nazywał) okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem zupełnie bez niecnych zamiarów. Jak ktoś się będzie wybierał do Rwandy to mogę polecić nocleg u niego - blisko lotniska, ale daleko od centrum.
To czego bałem się na początku okazało się później największym magnesem ciągnącym mnie teraz do Afryki. Chodzi mi tu o jej mieszkańców. Przesympatyczni ludzie, którzy mimo wielu niedogodności wydają się być szczęśliwi. Biedy, którą miejscami tam widziałem nie da się porównać do biedy w naszym kraju. Tam biedni ludzi nie mają nic - nawet butów. Dzieciaki bawią się własnoręcznie robionymi zabawkami (wspomnienie z Wybrzeża Moskitów) i chodzą cały czas w jednym T-Shircie. Mimo wszystko nie wydają się smutne i cieszą  tym co mają. Do tego bardzo łatwo je uszczęśliwić. Długopis, notesik, kawałek czekolady (niektóre nigdy jej nie próbowały - za droga), czy choćby jakiś lokalny owoc czy ciasteczko i już są "kupione".

"Kupione" ciastkami dzieciaki


Jeszcze trochę o biedzie. Powoduje ona również inne implikacje, jak choćby pewien rodzaj szacunku do białych. Biały - ma kasę, trzeba być dla niego miłym, może coś mi skapnie. Teraz próbka afrykańskiego żebrania... 

- Hello Mister! How are you? Can you give me some money?
- Cześć, a dlaczego mam Ci dać pieniądze? Tak za nic, to nie te tędy droga... Teraz dam Ci 5 dolarów i co dalej? Będziesz tu czekał 2 tygodnie na następnego białego, który Ci coś da?
- Aha, OK. Dziękuję Panu... Miłego dnia!
- Miłego dnia! Na razie!

Takie podejście do życia. Uda się to się uda, nie - też jakoś będzie. Z drugiej strony, gdy ktoś żebrał a ja zamiast pieniędzy dałem mu coś do jedzenia, osoba taka zawsze brała to i z uśmiechem dziękowała. Często konsumowała zdobycz na miejscu :) Uprzejmości, nawet podczas żebrania to w tej części Afryki, którą widziałem to norma. Nietaktem wręcz jest powiedzenie samego hello. Trzeba zawsze dodać - jak się masz? i pamiętać, że odpowiedź musi być na tak :) Taka prawie że formułka przed każdą rozmową może się wydawać zupełnie niepotrzebna, jednak znacznie umila konwersację i poprawia stosunki międzyludzkie. Na początku o tym nie wiedziałem i od razu po przywitaniu przechodziłem do konkretów, ale z czasem zauważyłem, że wszystko łatwiej załatwić z większą dozą uprzejmości...

Oprócz mieszkańców Afryka zachwyciła mnie swoją przyrodą co raczej zaskakiwać nie powinno. Tu wyraźnie należy odróżnić Rwandę od Ugandy. Zagęszczenie ludności jest w tej pierwszej 3 razy większe niż w drugiej. W malutkim, mniejszym od Województwa Wielkopolskiego kraju mieszka ponad 10 milionów ludzi! Większość z nich trudni się rolnictwem. Krajobraz przypomina niekończącą się wieś i to bez wielkich pól, ale za to z ogromną ilością małych tarasów.

Tarasy uprawne


Z wyjątkiem 3 niewielkich parków narodowych (do których ostatecznie nie dotarłem) w Rwandzie nie ma endemicznych lasów... Wszędzie tam, gdzie nie ma pól rosną lasy eukaliptusowe. Każde dziecko wie, że eukaliptusy pochodzą z Australii :) Szkoda, że misiów koala nie sprowadzili ;) W Ugandzie sprawa wygląda inaczej. Okolice jeziora Bunyoni i miasta Kabale to dosłownie kopia Rwandy, ale w innych częściach kraju mamy prawdziwe sawanny (na moje wyglądające bardziej jak lasy liściaste), dżunglę i lasy bambusowe zamieszkałe przez goryle. Dodatkowym moim szczęściem była pora roku podczas której przyleciałem do Afryki. Trafiłem na samą końcówkę pory deszczowej - deszcze padają, ale są do zniesienia, słońca sporo a do tego wszystko bujno zielone. A jak powszechnie wiadomo, zieleń to ja lubię;)

W poprzednich postach pisałem, że zdziwiła mnie czystość i porządek w Rwandzie. Okazało się, że to wyjątek na skalę afrykańską. Po ulicach nie walają się plastikowe worki (bo są prawem zabronione), plastikowe butelki też się nie walają, bo zaraz zbierają  je dzieciaki, a do tego sporo się tam sprząta i są śmietniki na ulicach! O sprzątaniu już trochę pisałem przy okazji święta sprzątania Rwandy. Oprócz tego dziwnego zjawiska widziałem w tym małym kraju jeszcze kilka przypadków takiej pracy kolektywnej. Często widziałem duże grupy ludzi (w tym wiele kobiet) sprzątających lub naprawiających drogi. Czasem byli to więźniowie odróżniający się pomarańczowymi kombinezonami i pilnowani przez policjanta z kałachem, czasem zwykli cywile. Dlaczego i z czyjego nakazu remontowali drogi gruntowe nie wiem, czekam na sugestie... Iście nieafrykańsko, o czym pewnie też już wspomniałem, zachowywały się rwandyjskie autobusy - z dworców odjeżdżały na czas! Tutaj kolejna rzecz mi się przypomniała - czas afrykański. W Rwandzie mniej widoczny w Ugandzie bardziej. Czas afrykański to typowo południowy czas (znany nie tylko w Afryce), od europejskiego różniący się tym, że nie jest tak ściśle określony i ma zdolność do rozciągania się... W Ugandzie razem z Emilem przez prawie tydzień nie wiedzieliśmy o zmianie czasu pomiędzy Rwandą a Ugandą i wszędzie byliśmy o godzinę spóźnieni. Na autobusy, na oglądanie szympansów w Busingiro... W hotelach prosiliśmy o przedłużenie doby hotelowej o godzinę, a faktycznie siedzieliśmy 2 h dłużej. Nikt nigdzie nam nic nie powiedział! Dopiero w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona statek wycieczkowy odpłynął na czas. Tam nie pasowało nam trochę, że jeszcze godzina do odpłynięcia, a statek pełen ludzi. No i wyszło szydło z worka :D Tak dostosowaliśmy się do czasu afrykańskiego.
O bezpieczeństwie też już pisałem. Uganda ma gorszą sławę od Rwandy. Na północy dogorywa okrutna wojna domowa z owianym złą sławą Josephem Konym na czele. Dochodzi też do napadów z użyciem broni. Ale jak zachowamy ostrożność to powinno być bezpiecznie. Zachować ostrożność jest stosunkowo łatwo - nie świecimy złotem, nie pokazujemy wszystkiego co mamy a rzeczy cenne typu paszport nosimy przy sobie. Tam gdzie zachodzi potrzeba miejscowi sami nas ostrzegają. W Kampali niestety już po incydencie z wyrwanym z ręki banknotem kilka osób ostrzegało nas przed złodziejami akurat w tej okolicy.
Na koniec kilka rad podróżniczych o trampingu w Afryce i trochę o kosztach. Bardzo dobrym pomysłem jest zabranie małego namiotu - mimo, że oficjalnych kempingów nie ma aż tak dużo to nie problemu z rozbijaniem się w mniej oficjalnych miejscach za zgodą miejscowych (uzyskaną np. za drobną opłatą). Warto zabrać moskitierę. W hotelach/pensjonatach są one w standardzie, ale już przy spaniu "na dziko" bardzo się przydają. Ja swojej moskitiery nie miałem, ale Emil miał dużą i na nas dwóch starczało, co z resztą widać na zdjęciach :D

 Moskitiera w pełnej krasie
Podczas każdej wyprawy do trzeciego świata (i nie tylko) przydatna jest plandeka. Taka zwykła z tworzywa sztucznego z dziurkami do przywiązania sznurków. O różnych możliwościach zastosowania plandeki napisały chłopaki od Bloga Roku 2011, czyli Paragonu z Podróży. Niezbędny jest też środek na komary. Ponoć nie na wszystkich one działają, ale w moim przypadku sprawdzają się bez zarzutów. I nie mówię tu wcale o specjalistycznych środkach zdobywanych na zamówienie z USA, tylko zwykłych preparatach powszechnie dostępnych w kraju nad Wisłą. Jeśli mamy zamiar wybrać się do dżungli dobrym pomysłem będą buty za kostki i kapelusz. Ale co ja się o tym rozpisywał będę? O survivalu dżunglowym sporo mówił/pisał W. Cejrowski i wiele innych osób.
Na koniec o kosztach. I tu dziwne sformułowanie - Afryka jest zarazem i bardzo tania i bardzo droga. Poniżej postaram się wyróżnić 3 rodzaje cen - tanio, tak samo, drogo i powpisuje tam różne przykłady. Porównanie cen dotyczy Rwandy/Ugandy i Polski.

TANIO
TAK SAMO
DROGO
jedzenie generalnie, transport, noclegi, domowo robiony alkohol, papierosy, ubrania z lumpexów, wszystko co załatwimy od miejscowych (wynajem łodzi, nocleg, jedzenie, itp.)
woda i napoje, paliwo, piwo i alkohol w sklepach, taksówki samochodowe
czekolada i różne dobra importowane - alkohol, kosmetyki, wstępy do muzeów i parków narodowych (są inne dla miejscowych, inne dla turystów), pozwolenia na oglądanie goryli, wizy i inne opłaty graniczne, turystyka ekstremalna (rafting, skoki na bungy itp)


To takie w skrócie przedstawienie relacji cen. Możliwym jest zwiedzanie Afryki bardzo tanim kosztem o ile: uda nam się kupić tani bilet (z Europy bardzo ciężko), nie będziemy zwiedzać parków narodowych i nie będziemy przekraczać zbyt wielu granic. Ale myślę że takie podróżowanie nie jest do końca sensowne (być w Afryce i nie zobaczyć dzikich zwierząt???), dlatego lepiej troszkę odłożyć i korzystać z afrykańskich atrakcji. Jeśli chodzi o przykłady cen z rubryki "drogo" to: pozwolenie na 1 dzień oglądania goryli w Rwandzie kosztuje 750 (!) dolarów za jeden dzień. Za wizytę w parku narodowym (w samym parku mniej niż 24 h, ale z noclegiem na kempingu) łącznie z transportem motorami i powrotem terenówką zapłaciliśmy z Emilem około 110$ za osobę! Na same wizy podczas 20-sto dniowego pobytu wydałem również 110$ (2 x 30$ - Rwanda, 50$ - Uganda). Także tanio nie jest. Z drugiej strony za wynajem łódki na jeziorze Bunyoni płaciliśmy mniej niż 4$ dziennie/os, a pyszny, bezmięsny obiad w Rwandyjskiej wiosce potrafił kosztować 2,5 zł za wielki talerz. W Afryce dla każdego coś miłego :)
O zdrowiu pisać się nie mi nie chcę bo wspomniałem coś tam przy okazji FAQ, do tego internet pełen jest porad zdrowotnych dotyczących Afryki. Po prawie miesiącu od powrotu nie odczuwam żadnych dolegliwości, także chyba się udało :)

No i natenczas byłby to koniec pisania o afrykańskiej przygodzie. A może coś mi się jeszcze przypomni? Do następnego!!!

Pozdrowienia od afrykańskiej ropuchy!!!

środa, 27 czerwca 2012

Powrót do Rwandy i koniec wyprawy

Tego posta opublikować miałem znacznie wcześniej, ale trochę o nim zapomniałem. Nadrabiam straty a zaraz po tym napiszę podsumowanie całej wyprawy... No to po 2 tygodniach przenosimy się (niestety tylko wirtualnie) znów do Afryki...


Końcówka Rwandy

W ciągu moich ostatnich 2 dni w Rwandzie nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego.  Podróż z Kampali przebiegła bez większych ekscesów. Większość z około 10 godzin spędziłem wciśnięty między szybę autobusu, a ważącą tak na oko ze 120 kilo murzyńską panią. Tu należałoby zaznaczyć, że wiele autobusów w Afryce posiada po 5 (a nie 4 jak u nas) siedzeń w jednym szeregu. W takim przypadku siedzenia są troszkę węższe niż normalnie… Co jak co, ale do komfortowych ten przejazd nie należał;) Dodatkowym mankamentem było długie czekanie na granicy, gdzie rzeczywiście było pieruńsko zimno (polar ledwo co wystarczał). Przeprawa trwała długo, ponieważ Rwandyjskie służby muszą dokładnie (dokładnie po afrykańsku a nie po niemiecku;) przeszukać wszystkie autokary i podróżnych, głównie w celu wykrycia świadomej bądź nieświadomej kontrabandy plastikowych torebek (nielegalnych w Rwandzie).  Dwa worki mi skonfiskowano, resztę udało mi się przemycić ;)
Do Kigali z Kampali przyjechałem około 5:30 rano i od razu poszukałem autobusu do Butare zwanego również Huye :D

 Oddział banku Kigali w Huye :D

Miasto to jest intelektualną stolicą Rwandy – tam właśnie znajduje się narodowy uniwersytet  oraz całkiem ciekawe muzeum etnograficzne (najważniejsze w kraju). Muzeum  zobaczyłem jeszcze pierwszego dnia, a kolejnego udałem się do Gikongiro, gdzie znajduje się jedno z najbardziej dobitnych miejsc pamięci w Rwandzie… W małej wiosce koło Gikongiro w 1994 roku powstała nowa szkoła. Gdy zaczęły się masakry, władze nakazały miejscowym Tutsim udać się do owej szkoły, gdzie mieli oni być bezpieczni. Około 40 tys. Osób schroniło się w budynkach należących do placówki. Po jakimś czasie przybyły bojówki Hutu i w ciągu jednego dnia wymordowały praktycznie wszystkich. Obecnie znajduje się tam muzeum podobne to tego w Kigali, ale klasy wypełnione są zmumifikowanymi ciałami, czaszkami i kośćmi ofiar. Robi to naprawdę przygnębiające wrażenie…
Po wizycie w Gikongiro pojechałem już do Kigali, gdzie zjadłem coś przy dworcu a następnie „koczowałem” w okolicy lotniska kilka godzin, jako że samolot miałem w środku nocy.  Przy okazji podróży mototaksówką na lotnisko przekonałem się, że wcześniej nie widziałem dużej części Kigali. Nie byłem świadomy, że pomiędzy budynkami rządowymi (są na zdjęciach na picasie), a lotniskiem rozciąga się luksusowa dzielnica pełna drogich hoteli, budynków administracyjnych i ambasad. Może innym razem uda się mi ją bardziej rozpoznać…

I tak to mniej więcej dotarłem do końca mojej afrykańskiej wyprawy. Niestety. Bilet był promocyjny i nie można go było przebookować. Ale mam nadzieję, że jeszcze wrócę do Afryki. Warto!

sobota, 9 czerwca 2012

Ostatni dzień w Ugandzie


Co tu dużo pisać? Tak się zaaferowałem tą afrykańską podróżą, że o blogu prawie zapomniałem ;)

Przed chwilą wrzuciłem zaległego posta sprzed tygodnia, a teraz czas na nadrobienie strat.  W chwili obecnej siedzę w kawiarni w Kampali w Ugandzie i czekam na autobus do Kigali, mający odjechać za dwie godziny. Teraz tylko w skrócie opiszę co się działo, a jak wrócę na Bartodzieje to postaram napisać parę przemyśleń i obserwacji na Czarnym Kontynencie poczynionych.

Po rozpoznaniu jeziora Bunyoni, jego wysp i okolic postanowiliśmy udać się do lasu Budongo znanego z szympansów i wielu innych dzikich zwierząt. Najszybsza droga wiodła przez stolicę, czyli Kampalę. W porównaniu do Kigali to wielka metropolia. Niestety niezbyt ciekawa. Nam dane było spędzić w niej tylko jedną noc i postanowiliśmy zanocować w tanim hotelu w okolicy dworca autobusowego. Okolica piękna – w dzień jeden wielki bazar, w nocy prostytutki, dilerzy i złodzieje :) Generalnie i Rwanda, i Uganda są dość bezpieczne, ale w Kampali trzeba uważać. Chwila nieuwagi, a można stracić portfel, telefon, czy pieniądze.  Doświadczyłem tego na własnej skórze… Kiedy kupowałem (późnym wieczorem) coś do picia na ulicy podbiegł do mnie chłopak i wyrwał mi z ręki banknot 20 000 szylingowy (ok. 30 zł). Bartodzieje nauczyły zachowania w dużym mieście, dlatego mocno trzymałem banknot, tak że złodziejowi dostało się ¾ a mi ¼ papierka :) Niestety ¼ nie miała już żadnej wartości… Taka mało przyjemna sytuacja :/

Z Kampali ruszyliśmy w kierunku Busingiro, gdzie podobno można było zobaczyć szympansy za bardzo małe pieniądze. Dojechaliśmy tam popołudniu i okazało się, że oficjalnie nie ma opcji oglądania szympansów, ale lokalny strażnik parkowy może nam coś rano zorganizować. Powiedzieliśmy, że ok… Wieczorem przeszliśmy się po tej bardzo urokliwej wsi – domy z cegły błotnej kryte trzciną, brak prądu, szaman w środku wsi – ot Afryka prawdziwa. I jak wszędzie w okolicach – ciekawscy i przesympatyczni miejscowi. W pewnym momencie podeszło do nas dwóch chłopaków i gdy im powiedzieliśmy, że jutro mamy tropić szympansy ze strażnikiem (oczywiście odpłatnie), zaczęli się śmiać …
- A po co wy ich chcecie ze strażnikiem po lesie szukać?
- A co? Nie ma już szympansów w okolicy?
- Nie, są. Nawet bardzo dużo… Ale po co po lesie biegać? Przecież one co dzień rano o 6:00 przez tą tu drogę przebiegają z dżungli na pobliskie wzgórze i uprawy.
- Co??? Szympansy we wsi? I mamy szansę je zobaczyć? Za darmo?
- Pewnie, to praktycznie gwarantowane…

Dzieciaki mają to do siebie, że na ogół jeszcze nie potrafią kłamać. Przyszliśmy rano na drogę i na własne oczy widzieliśmy kilka małpoludów przebiegających przez drogę. Widzieliśmy je tylko chwilę, ale była to niesamowita chwila...

"Przecież one co dzień rano o 6:00 przez tą tu drogę przebiegają z dżungli na pobliskie wzgórze i uprawy..."


Szympansy za darmo, czyli oszczędzone koło 100$, więc postanowiliśmy kontynuować podróż po lesie Budongo aż do Wodospadów Murchisona. Długa i droga eskapada. Samochód, minibus, godzina mototaksówką i  2 godziny statkiem. Do tego płatne wejście do parku, nocleg w parku, przejście z łodzi do kempingu. Łącznie ponad 100$ nas to wszystko wyniosło. Ale nie żałuję. Ze statku widać mieszkańców parku – hipopotamy, bawoły, słonie, krokodyle, antylopy, guźce, czyli takie afrykańskie świnie i wiele innych. Safari w 100%. Do tego niesamowita noc na kempingu. Tuż nad potężnymi wodospadami Murchinsona, bez elektryczności, ale z ogniskiem przy pełni księżyca. Na całym kempingu byliśmy samo jedni – nawet strażnicy opuścili go na noc. W takich momentach czuć potęgę natury. Bez wątpienia. Niesamowita przyroda i niezmącony spokój :) 

Z wodospadów ruszyliśmy inną trasą (za zbójecką opłatą) terenowym samochodem z niemieckimi turystami z powrotem do Busingiro. Tam chcieliśmy ponownie zobczyć naczelne w akcji, ale o 6:00 rano padał deszcz i nie chciało nam się wyjść spod dachu pod którym spaliśmy.

Kolejną noc spędziliśmy znów koczując (bo nie było pokojów w hostelu) w Entebbe, niedaleko Kampali. Spaliśmy na trawniku przy hostelu :) Największą atrakcją Entebbe jest zoo z miejscowymi zwierzętami, które były ranne lub zostały uwolnione z rąk kłusowników. Mamy tam 11 szympansów, które mają swoją wyspę, dwa wielkie nosorożce, dwie żyrafy, parę lwów i jeszcze wiele inych zwierzaków. Dla nas największą atrakcją były małpy biegające wolno w ogromnych ilościach po zoo. Prześmieszne zwierzęta. Kradną ludziom jedzenie z rąk! Bez problemu można je karmić. Jedzą wszystko i nie boją się brać jedzenia z rąk. Gorzej jak spróbujemy im jedzenie odebrać – pazury i zęby idą w ruch. Do tego robią baaardzo groźne miny :)

W Entebbe udało się nam mecz inauguracyjny Euro 2012 obejrzeć. Nie miałem koszulki Polski i w barze siedziałem w koszulce Rwandy:) No niestety 1:1, a mogliśmy wygrać…

I tak mniej więcej dotarłem do końca wyprawy. Emil został w Entebbe, bo stamtąd wylatuje, a ja jadę do Kigali. W Rwandzie będę miał 2 dni. 

 Bawół afrykański ;)
 Wodospady Murchisona - zawsze wbrew zasadom

 Kemping przy wodospadzie

 Nowi znajomi w ZOO w Entebbe

 Pan nosorożec - ZOO Entebbe

Powrót do przeszłości, czyli krótka notka z jeziora


2 czerwca 2011

Rano, jezioro Bunyoni. Właśnie zaczął się czwarty dzień naszego rejsu po jeziorze. Idzie nam całkiem dobrze, a łodzie służą za mobilny dom.  Powiązaliśmy dwa czółna, tak że teraz mamy dość stabilny i duży katamaran. Nawet żeglować wczoraj próbowaliśmy z zaimprowizowanym z plandeki żaglem :) Emil z pagajem siedział z tyłu i wiosłował, a ja z przodu przy pomocy drugiego pagaja i rąk rozpostarłem plandekę, tak że wiatr pchał nasze czółna do przodu. Do momentu, aż mi ręce zdrętwiały... Jednak nie ma jak dobry maszt. 

Duńczyk i Polak – stare wilki morskie. Wzbudzamy ogólną sensacje wśród miejscowych, gdziekolwiek się nie pojawiamy :) Nie to, żeby białych nie widzieli. Wręcz przeciwnie - jest ich tu bardzo dużo, ale raczej spędzają oni czas w ośrodkach na brzegu jeziora i na wyspach, a nie koczują prawie cztery dni po jeziorze w cudacznym katamaranie.

 Gdzie śpimy i co jemy? – Właśnie obudziłem się po trzeciej i chyba ostatniej nocy. Dwie z nich spędziliśmy  na łodziach, jedną w szałasie. Także cały czas na dziko w
„Dzikiej Afryce”. Co do jedzenia to pierwszego dnia (a raczej popołudnia) przed wyruszeniem zrobiliśmy dość spore zapasy żywności. W ich skład wchodziło: 6l wody, 1,5l koli, 1,5 l fanty, 0,75l miejscowego samogonu (nadal widzimy:), 2 worki bułek, wielka kiść bananów, pół kilo lokalnych owoców, pół kilo pomidorów, pół kilo cebuli, troszkę czosnku, imbiru i soli. Wczoraj zapasy oficjalnie wyczerpaliśmy. Zostało trochę czosnku, imbiru, soli i nawet trochę księżycówki.  Oprócz zapasów żywiliśmy się na bieżąco – drugiego dnia zahaczyliśmy o „pensjonat” na wyspie Itambira, a wczoraj pierw kupiliśmy od miejscowych trochę trzciny cukrowej – polecam, a później człowiek wyglądający na szefa starszyzny pewnej wioseczki ugościł nas w swoim domu i dał nam za darmo gotowanej fasoli z gotowanym (niesłodkim) bananem. W tym klimacie takie posiłki sprawdzają się w 100%. Mięso wcale nie jest bardzo potrzebne i spokojnie można tu bez niego przeżyć. Trochę żałowaliśmy, że nie zabraliśmy na wyprawę pół kilo sera i trochę miejscowej kiełbasy (w Rwandzie smakowała ona całkiem całkiem), ale takich zakupów mogliśmy dokonać tylko w mieście Kabale (naszym pierwszym postoju w Ugandzie), a nie nad samym jeziorem. Tego bym się nie spodziewał, że w małej afrykańskiej wiosce nie kupimy ani sera, ani kiełbasy, ale bez problemu dostaniemy dziwne lokalne piwo, bimber, a nawet trawkę :)

Kończę, bo czas ruszać. Zapasy skończone, więc płyniemy na wyspę Bushara na jakieś śniadanie. Wieczorem oddajemy łódź :/

 Kenteth znad jeziora Bunyoni

 Noc nr. 2 - szałas pionierów i legowisko z trzciny :)\

Film z rejsu dłubankami