sobota, 7 stycznia 2012

Nil, świątynie, oazy i pustynie, czyli Egiptu tydzień drugi

Witam!
Ochłonąłem trochę. Nie jest tak źle jak było na początku ;) Można powiedzieć, że się zaaklimatyzowałem ;) Po części nauczyłem się odmawiać i poznałem mniej więcej ceny podstawowych produktów. Jednak bardziej na mój spokój wpływa fakt, że po Luksorze jestem w coraz mniej turystycznych miejscach. Aswan był turystyczny, nie powiem, Abu Simbel też, ale tylko przez 2h kiedy świątynie są pełne turystów przybyłych konwojem. Popołudniu i wcześnie rano panuje spokój. Ale mi było mało i postanowiłem uciec kilkaset KM od doliny Nilu na pustyni (tu jestem). I tu mi się podoba najbardziej! Oazy, palmy, kozy, owce no i oczywiście wyczuwalna i widzialna pustynia! Wydmy sięgają praktycznie miasteczek i wiosek i tworzą białe plamy w zielonym krajobrazie oaz lub szarym krajobrazie pustynnych skał. Generalnie pustynia w większości składa się z kamieni i skał, a wydmy to taki bajer ;) Porobiłem dużo zdjęć, ale zapomniałem znów kabla. W sumie to nie zapomniałem, bo do tej kafejki trafiłem można powiedzieć, że prosto z pustyni. Jutro też tu zostaję przez dzień. Pojeżdżę rowerem i odwiedzę gorące źródło, a wieczorem jadę nocnym autobusem do Kairu. Do ciekawych rzeczy, które się ostatnio wydarzyły można zaliczyć pływanie feluką, czyli tradycyjną żaglówką po Nilu, a także kąpiel w tej wielkiej rzece no i wejście na ogromną wydmę. Więcej napiszę już w Kairze.

środa, 4 stycznia 2012

Z drugiej strony Afryki

Miał być Senegal, a jest Egipt. Czasem tak w życiu bywa :) Do Egiptu przyleciałem na 2 tyg, bo znalazłem dość tani przelot no i nigdy tu jeszcze nie byłem. Z Senegalem porównywać nie ma co, bo przecież to jeszcze nie "czarna" Afryka, no i brakuje mi przewodnika, takiego jakim byłby Abdul w Senegalu. I chyba brak takiego "prawdziwego" miejscowego znajomego jest tu największym zmartwieniem. Nie lubię narzekać, ale nieustanne nachodzenie i zaczepianie przez wszelkiego rodzaju osobników próbujących namówić na cokolwiek jest dość męczące. W Luksorze trudno jest nawet spokojnie gdzieś usiąść, bo zaraz ktoś podejdzie i będzie coś proponował. Z jednej strony można zrozumieć Egipcjan - przez rewolucję z początku zeszłego tego roku ruch turystyczny strasznie zmalał. A w tym kraju dla wielu ludzi jest to jedyne źródło utrzymania. Z drugiej strony, takie traktowanie potencjalnych chlebodawców tylko ich odstrasza... Mam nagranych kilka scen jak podchodzą do mnie "my friends" i zaczynają swoją gadkę. Postaram się to zamieścić jak wrócę do Polski.  A poza tym jest git! Słońce świeci wysoko w górze, jest ciepło, ale nie gorącą i widoczki też niczego sobie. Na pierwszy rzut oka widać, że kraj nie istniał by, gdyby nie Nil. Jedziemy przez 5h przez pustynie, aż tu nagle wyłaniają się zielone pola ryżu, trzciny cukrowej i innych upraw. A na Nilu tradycyjne feluki, czyli egipskie żaglówki. Może jutro uda mi się taką popływać... Chciałbym się wybrać na dwudniowy spływ w dół Nilu, ale zobaczymy, czy uda mi się kogoś jeszcze zwerbować, bo samemu wyjdzie dość drogo.

Późno się odzywam na tym blogu - to już 6 dzień mojej wyprawy. Przyleciałem do Hurghady, gdzie przenocowałem jedną noc, a następnego dnia w Sylwestra pojechałem autobusem do Luksoru. Tam w fajnym hostelu - Boomerang bawiłem się razem z innymi turystami na dachu przy Nubijskiej muzyce i tańcach brzucha. Tak się wybawiłem, że następnego dnia nie zjawiłem się na zbiórce na wycieczkę na zachodni brzeg Nilu do Doliny Królów. Całe szczęście nie było problemu i z wycieczki skorzystałem kolejnego dnia. Oprócz tego w Luksorze widziałem muzeum, ruiny świątyni Karnak i świątyni Luksorskiej. Bilety wstępu są dość drogie, ale przy pomocy jednego z "pomagaczy" zdobyłem kartę ISIC, na któą mam wszędzie 50% zniżki. W Polsce nie mogłem, bo mam już ukończone 26 lat. W Egipcie zmienili mi po prostu datę urodzenia i odmłodzili o rok:) Tak się tu robi. Z Luksoru pojechałem dalej na południe pociągiem do Asuanu. Choć nie ma tu tylu zabytków co w Luksorze, Asuan jest przyjemnym i bardzo ładnie położonym miastem. Z jednej strony zielone pola, a z drugiej pustynia praktycznie dotyka rzeki. Porobiłem fotki, ale nie mam przy sobie teraz kabla, żeby je tu zgrać. Oprócz tego na środku Nilu w Asuanie są dwie większe wyspy i wiele mniejszych. Byłem na jednej jak na razie i była bardzo ciekawa. Spokojna nubijska wioska i antyczne ruiny. Można odpocząć. Z Asuanu przyjechałem dziś wcześnie rano w konwoju policyjno-turystycznym do Abu Simbel. Konwój chyba nie był konieczny i mógłbym przyjechać zwykłym autobusem, ale poszedłem na łatwiznę i dałem się namówić mojemu "przyjacielowi" z Asuanu. Tu nocuję do jutra i wracam do Asuanu, bo innej drogi stąd nie ma ;) Można jedynie Nilem pod prąd do Sudanu, bo to już niecałe 40 km...


poniedziałek, 12 grudnia 2011

Senegalu początki berlińskie.

Do Berlina przyjechaliśmy wczoraj popołudniu. My - znaczy Abdul lub Laye i ja, czyli Bigos lub Wojtek;) Po co przyjechaliśmy wczoraj i gdzie jedziemy jutro? Po wizę do Mauretanii, a lecimy do Maroka. Wizy zdobyć się nie udało (kazali czekać 2 tygodnie), a plan Maroko nadal aktualny. Niestety będziemy musieli się trochę (jakieś 500 km) cofnąć. Wszystko przez wizę do Mauretanii - na granicy nie można, a w Berlinie trzeba czekać. Nie ma innej rozsądnej możliwości ponad Rabat. Jak na kontynentalną solidarność  przystało, Laye, obywatel Senegalu nie potrzebuje w Afryce (znaczy - na naszej trasie w Afryce) żadnych wiz, natomiast mi potrzebne są co najmniej dwie. Jeśli pojedziemy dodatkowo do Gambii, to potrzebna będzie i trzecia. Na razie skupmy się jednak na dotarciu do Senegalu. Przed nami około tydzień drogi. Berlin-Agadir-Rabat-Casablanca-Dakhla-Nawakszut –Dakar. Czas mamy, a przygody lubimy, więc nie powinno być problemu. Mimo niepowodzenia „misji wiza” w Berlinie, czas spędziliśmy tu miło. Pochodziliśmy po industrialnej okolicy przy ulicy Revaler. Zobaczyliśmy Mauretańską ambasadę i zjedliśmy w rekomendowa przez Kornela miejscach :) Takie mini zwiedzanie lekko zakrapiane niemieckim browarkiem. Layowi podoba się, że nikt się tu na niego nie ogląda - po ulicach chodzi mieszanka ludu z całego świata:) A ja wykorzystywałem swój  turecki przy zamawianiu żarcia i drobnych zakupach :) Nie ma co, lubię Berlin. Takie luźne miasto. Mieszkamy w hostelu 7 min od stacji Warschauer Str.  W dużym pokoju podzielonym ściankami działowymi na mniejsze sekcje. Hostel Oddysey Globetrotter. 2 noce. Następną pewnie spędzimy w autokarze relacji Agadir – Rabat. Ludzi tu dość dużo, ale przez ścianki działowe w pokoju nie ma atmosfery szpitalnej. Jak na 8,5€ warunki bardzo przyzwoite :) Następny post pewnie już z Maroka :)




Pocztówki z Berlina.

piątek, 14 października 2011

Z innego kontynentu, innej półkuli, czyli mała wyprawa wschodnia...

ó
Po dość długiej przerwie czas bloga na chwilę reaktywować. Tylko na chwilę, bo rysująca się przede mną wyprawa trwać będzie tylko 3 dni, jednak myślę, że jest warta opisania. Na chwilę obecną znajduję się na lotnisku międzynarodowym w Antalyi i czekam na samolot do Diyarbakır na południowym-wschodzie Turcji. Byłem tam już kiedyś, ale postanowiłem wrócić, żeby zobaczyć Nemrut Dağ i Mardin. Chciałem zobaczyć więcej, jednak zamiast pięciu dni okazało się, że mam do dyspozycji tylko trzy. Ale skoro bilet lotniczy miałem już w kieszeni, to nie wypadało z eskapady rezygnować, tylko nieco zmienić jej 'program'.
To tyle wstępu, czas przejść do konkretów. Około 13.30 wylądowałem w Diayrbakır – nieoficjalnej stolicy Tureckiego Kurdystanu (mam nadzieje, że żaden znajomy Turek tego nie przeczyta, bo zaraz mnie sprostuje że Turecki Kurdystan nie istnieje!). Większości Turków nie zapuszcza się w te strony, bo nic ciekawego tu nie ma, a dodatkowo jest bardzo niebezpiecznie. O Diayrbakır (zarówno mieście, jak i całej prowincji) słychać w mediach głównie przy okazji omawiania ‘problemu kurdyjskiego’. Na miejscu też gołym okiem widać, że o „bezpieczeństwo kraju” dba się tu bardziej niż na zachodzie – na drogach od czasu do czasu zobaczyć można opancerzone pojazdy, w nocy uruchamiane są przydrożne posterunki żandarmerii kontrolujące przejeżdżające pojazdy, a sami żandarmi są bardziej uzbrojeni (wielkie karabiny i hełmy ha głowach) niż ich koledzy na zachodzie kraju. Dodatkowo na lotnisku samolot którym przyleciałem musiał poczekać aż wystartują cztery F-16 (ciekawe czy leciały trenować, czy kogoś zbombardować?), zanim wykołował pod malutki budynek terminala. Ale koniec tego, bo w polityczne dyskusje nie mam zamiaru wchodzić. Z resztą w Diyarbakır tym razem praktycznie nie byłem… Na lotnisku wsiadłem w autobus, który zawiózł mnie bezpośrednio na dworzec minibusów. Stamtąd dotarłem minibusikiem do Mardin. 
Mardin to jedna z perełek południowo-wschodniej Turcji. Stare miasto położone jest na zboczu wzgórza nad którym góruje starodawna twierdza. Uliczki są wąskie, pełno jest zakamarków, ślepych korytarzy i ciągnących się w górę (lub w dół) schodów. Niestety zanim zdążyłem dotrzeć do starej części miasta, znaleźć hotel i nieco się ogarnąć było już późno – około godziny 16.30. Jako, że muzeum zamknęło się o 17.00, większość budynków oprócz meczetów zobaczyłem z zewnątrz. Niemniej jednak spacerowanie po nim, nawet tak całkiem bez celu, należy do wielkich przyjemności. Ciekawy jest bazar. Może wcale nie tak duży, ale urokliwy i z pewnością autentyczny. Można na nim znaleźć wielu wytwórców lokalnego rękodzieła, którzy swoje wyroby wytwarzają bezpośrednio na straganach. Korzystając z wolnego czasu udałem się też już pewnie po raz ostatni w tym sezonie do berbera czyli tureckiego fryzjera i golibrody. W moim przypadku chodziło o ten drugi fach. Nie ma to jak dobre ogolenie brzytwą połączone z wypalaniem zbędnego owłosienia i masażem twarzy:) Do pewnych rzeczy w Turcji człowiek się po prostu przyzwyczaja i później brakuje mu ich u siebie w kraju. Jeśli chodzi o mnie to najbardziej tęsknię za niektórymi dziwnymi potrawami (patrz Google) – ciğ köfte, kokoreç, kelle paça, świeżo wyciskanymi sokami no i za wspomnianymi golarzami oczywiście. Pod wieczór kupiłem jeszcze kilka pamiątek, browara w (chyba) jedynym sklepie monopolowym na starym mieście i wróciłem do hotelu. Tam musiałem poprosić o klucz do brudnego prysznica w równie brudnej łazience. Prysznic to w tym wypadku słowo nieco na wyrost, ponieważ urządzenia sanitarne w kabinie prysznicowej ograniczały się do dwóch kurków i plastikowego kubełka do polewania się wodą. Hotel był rzeczywiście obskurny i nic przeciwko takim nie mam o ile cena nie jest wygórowana. W tym wypadku była. 30 lir (ponad 50zł) to zdecydowanie dużo jak na tak marne warunki. Ale właściciele po prostu wykorzystywali fakt bycia monopolistami w segmencie tanich hoteli na starym mieście. Inne hotele żądały od 70lir wzwyż.


 Nieco obskurny hotel Başak w Mardin.

 Mardin - medresa (szkoła koraniczna).

 Mardin - bazar.

Mardin - wąskie uliczki.

Rano wstałem już o 6.30 bo czekała mnie długa droga… Na początek prawie godzinę jeździłem lokalnymi busikami, które w Mardin mają identyczne kolory jak turecka służba więzienna (niebieskie z czerwonym paskiem), różnią się jednak od niej większymi i nie zakratowanymi oknami. Wydaje mi się, że kierowca zapomniał po prostu gdzie miał mnie wysadzić i na koniec kazał wsiąść do busa jadącego w przeciwnym kierunku, który ostatecznie dowiózł mnie na odpowiedni przystanek. Stamtąd ruszyłem z powrotem do Diyarbakır, aby zjeść tam śniadanie złożone z omleta i zupy z soczewicy i wsiąść do busa do Siverek. Tam musiałem poczekać ponad godzinę na następny busik do Kahty zsynchronizowany z promem płynącym przez zalew na Eufracie. W czasie oczekiwania podeszło do mnie dwóch licealistów z ostatniej klasy i po uzyskaniu informacji, że pracuję jako przewodnik postanowili sami oprowadzić mnie po swojej miejscowości. W Siverek nie ma zbyt wiele do zobaczenia, ale chłopacy z dumą pokazali mi bazar, wielki meczet (wielki tylko z nazwy – Ulu Camii) i dawny kerwansaraj służący obecnie za restaurację. Takie zachowanie już mnie wale nie dziwi. Zdążyłem się przyzwyczaić. Im miejscowość mniej turystyczna, ludzie bardziej ciekawscy w pozytywnym tego słowa znaczeniu i bardziej pomocni. O 13:00 wyruszył mój busik do Kahty, do której nie dojechałem ponieważ po drodze „przechwycił” mnie właściciel pensjonatu w miejscowości Karadut, w którym nocowałem prawie 3 lata temu i znów planowałem tam nocleg. Jak się okazało później podwózka nie była darmowa i musiałem za nią zapłacić 10 lir (po stargowaniu z 15). Jak już napisałem podróż z Siverek do Kahty częściowo odbywa się drogą wodną. Kiedy czekaliśmy na prom, uwagę moją skupił oswojony bocian, który zdawał się pilnować przeprawy.


 Licealiści z Siverek.

 Oswojony bocian w drodze do Kahty.

Siverek - wielki meczet.


Kiedy dotarłem do Karadut była już prawie 15:00, co oznaczało, że czas ruszać, jeśli chcę zdobyć szczyt przed zmierzchem. Szybko zjadłem obiadek zaserwowany przez właściciela pensjonatu i razem z parą Belgów, których akurat poznałem, poszliśmy powoli w kierunku szczytu. 5km od celu (czyli w około połowie drogi) udało się nam złapać autostop i już chwilę później byliśmy na szczycie. Widok niesamowity, choć same głowy na fotografiach i plakatach wydają się znacznie większe. Poczekaliśmy razem na zachód słońca a później moi nowi znajomi pojechali autostopem w dół, a ja postanowiłem zejść piechotą, jako że miałem znacznie mniej kilometrów do przejścia niż oni. Nie dane mi jednak było iść całą drogę, ponieważ zjeżdżający na motorze pracownik zatrzymał się i kazał mi wsiadać i podwiózł kawałek. Głupio było odmówić, więc wsiadłem. Z tego co pamiętam to był mój trzeci motorowy autostop w Turcji. Także do pensjonatu dotarłem koło 20:00. Droga powrotna była niesamowita, bo cały czas świecił księżyc. Tak mocno, że wyraźnie widać było cienie i latarka, którą miałem, służyła mi jedynie do sygnalizowania swojej obecności przejeżdżającym samochodom. Po drodze zjadłem też swój prowiant złożony z ryżu zawiniętego w liście winogron (z puszki), paluszków, suszonego słonecznika i czekolady. Wystarczyło na tyle, że już nie jadłem kolacji tylko uporządkowałem zrobione wcześniej zdjęcia i poszedłem spać.


 Nemrut - strona wschodnia.

 Nemrut - krótko przed zachodem słońca.

 Nemrut - strona zachodnia.

Nemrut - muł do wynajęcia.

Ostatniego, czyli trzeciego, czyli dzisiejszego dnia znów wstałem dość wcześnie (o 7.00) i ruszyłem w dalszą drogę. Z Karadut podjechałem do Kahty i stamtąd od razu do Adiyamanu. Adiyaman to dwustutysięczne miasto i stolica prowincji o tej samej nazwie. Tam na początek wybrałem się na otogar, czyli dworzec autobusowy i zakupiłem bilet do Alanyi. Autobus odjeżdżał o 13.30, więc miałem ponad 3h czasu wolnego. Zostawiłem bagaż na dworcu i ruszyłem w miasto. Na początek było śniadanie, czyli zupa z nóg baranich :) Później zwiedzanie miasta. Odwiedziłem kilka meczetów, poszwędałem się po niewielkim bazarze, gdzie zakupiłem nóż i granata. Nóż po to, żeby owego granata rozkroić :) Granat niczego sobie, bo ważył ponad 80 deko! Po bazarze zakupiłem jeszcze paket wspomnianego wcześniej ciğ köfte, a także kilka pamiątek z głowami, które w sklepie papierniczym w Adiyaman były znacznie tańsze, niż gdziekolwiek indziej :) Przygotowany, z zapasem jedzenia (choć zapas ten wcale nie jest niezbędny, gdyż po drodze posiłki można spokojnie zakupić w wielu miejscach) mogłem spokojnie udać się na autobus. Ten wpis w większości został napisany w autobusie relacji Adiyaman – Fethiye właśnie. Minęły już 2,5 h drogi, ale to dopiero początek, bo cała podróż potrwa około 17 godzin!!! Wygodnie jest. Na oparciach wyświetlacze, na których można oglądać filmy i słuchać muzyki, no i Internet z komórki. Żyć nie umierać :) Do następnego.

A teraz czas na suplement czyli tradycyjnie koszty wyprawy, tym razem przykładowe:

-bilet lotniczy Antalya-Diyarbakır: 101TL
-nocleg: 2 x 30TL
-posiłek w pensjonacie w Karadut: 10TL
-śniadanie na dworcu w Diyarbakır (zupa, omlet i herbata): 7TL
-zupa z nóg w Adiyaman: 5TL
-duża porcja ciğ köfte: 5TL
-porcja grilowanych skrzydełek z rożna w Mardin: 7TL
-przejazdy: Diyarbakır-Mardin: 9TL, Diyarbakır-Siverek: 9TL, Siverek-Kahta: 10TL, Karadut-Kahta: 10TL (złodziejstwo!), Kahta-Adiyaman: 3,5TL, Adiyaman-Alanya: 60TL

Kurs EUR/TL: 2,55TL; TL/PLN: 1,68PLN  (14.10.2011)

wtorek, 27 września 2011

O wydatkach - post techniczny

Oj, minęło już dość dużo czasu od mojego powrotu z Meksyku. Po  powrocie dokończyłem ostatni wpis dotyczący właściwego przebiegu wyprawy i cały czas zabierałem się do napisania posta zamykającego tę eskapadę. Nadszedł właśnie ten czas. Post czysto techniczny pełniący funkcję informacyjną. Zawrę w nim szczegóły dotyczące wydatków, transportu, noclegów i wyżywienia. Gdzie, jak i za ile jeździłem, spałem i jadłem… O tym właśnie będzie ten wpis.


Zacznijmy od kwestii niestety najważniejszej, czyli od pieniędzy. Aby być w miarę dokładnym jeśli chodzi o wydatki, skrupulatnie zapisywałem w swoim kajeciku (całe szczęście nie w komórce, którą utopiłem). Pewnie kilka z nich pominąłem, dlatego ostateczny wynik powiększyłem o 5% aby pozbyć się ewentualnych niedopatrzeń i uwzględnić straty przy wymianie pieniędzy. Swoje wydatki podzieliłem na 5 grup, oddzielnie licząc bilet lotniczy. I tak, według kursów z okresu wyprawy na całość (nie licząc drobnych wydatków we Frankfurcie) wydałem około 9100 zł.  Obejmuje to bilet lotniczy i 53 dniowy pobyt w Meksyku i krajach  Ameryki Środkowej. Sam bilet kosztował 840 €, czyli ponad jedną trzecią sumy. Pozostałe wydatki (1965 $) pogrupowałem w następujących kategoriach: transport, nocleg, wyżywienie, opłaty administracyjne i inne. Pierwsze trzy kategorie powinny być zrozumiałe, z kolei dwie pozostałe obejmowały kolejno: wszelkie opłaty (formalne bądź mniej formalne - łapówy) czynione podczas przekraczania granic (opłaty administracyjne) i wszystkie inne wydatki nie zarejestrowane w innych kategoriach (bilety wstępów, rzeczy użytkowe, pamiątki, itp.). Dodać też chciałem, że napoje alkoholowe (aż tak dużo ich nie spożywałem) liczyłem jako żywność :)

Wydatki na poszczególne kategorie przedstawiały się następująco (po odliczeniu ceny biletu):

1) transport: 32%
2) wyżywienie: 28%
3) nocleg: 17%
4) administracyjne: 3%
5) inne: 20%

Jeśli chodzi o transport to najdrożej było w Meksyku i na wybrzeżu moskitów. Za autokar z Mexico City do Palenque zapłaciłem ponad 70$! To był najdroższy przejazd na całej trasie. Na tym odcinku przejechać można by pewnie i taniej (z przesiadką), ale mi zależało na czasie, no i było to jedyne bezpośrednie połączenie. Aby znacznie ograniczyć koszty podróżowania po Meksyku, można zastanowić się nad autostopem. Osobiście nie próbowałem (nie miałem z kim, a sam z zasady autostopem nie podróżuję), ale słyszałem, że Meksykanie bardzo chętnie zabierają pasażerów, i pomimo złej sławy, jest to dość bezpieczna forma przemieszczania się. Na Wybrzeżu Moskitów z kolei autostop odpada… Tam za transport trzeba zapłacić i kropka. Najgorsze jest to, że w porównaniu do normalnego (drogowego) transportu w Hondurasie jest on bardzo drogi. Za godzinne przepłynięcie łodzią zapłacić musimy 10-15$ co jest równowartością przejazdu chicken busami przez cały kraj! Do tego drogie są przejazdy pick-upami (tam gdzie nawet „terenowe” chicken busy nie dojeżdżają). Przykładowo: za trzygodzinną podróż z Puerto Lempira do granicy z Nikaraguą należy zapłacić ponad 15$. Najwięcej (bo aż 30$) musiałem zapłacić za półtoragodzinne przepłynięcie przemytniczą motorówką z Ahaus do Puerto Lempira. Dość drogi (około 25$) był też prom z La Ceiby na wyspę Utila.

Teraz o wyżywieniu. Łącznie z alkoholem pochłonęło ono 28% mojego budżetu na miejscu. Starałem się, żywić jak najtańszym kosztem, ale tak żeby choć raz dziennie spożywać ciepły posiłek. Zdecydowanie najsmaczniejsze, najbardziej zróżnicowane (chińszczyzna!!!) i wcale nie drogie było jedzenie w Meksyku. Tam porcje tacos kupimy już za 2$, a za 5$ możemy liczyć na całkiem dobry obiad. Oczywiście w miejscach bardzo turystycznych (takich jak np. Palenque) jedzenie jest znacznie droższe. Kolejnym miejscem gdzie było stosunkowo drogo (4$ za wcale niewyszukany posiłek) było  Wybrzeże Moskitów. Tam prawie cała żywność sprowadzana jest łodziami i pick-upami, przez co tyle kosztuje. Cenowo zaskoczył mnie El Salvador. Mimo, że płaci się tam w dolarach, żywność jest bardzo tania i bardzo smaczna. Nigdy nie zapomnę smaku naturalnej, gorącej czekolady za 30 centów:)

Nocleg. 17% to raczej nie dużo. Dlaczego? Bo wybierałem miejsca najtańsze o standardzie nienajwyższym :) Z odwiedzanych przeze mnie krajów w tej kwestii najdrożej było w Meksyku i Salwadorze. W Meksyku (Mexico City, San Cristobal) spałem głównie w hostelach w pokojach wieloosobowych, których w miejscach turystycznych jest pod dostatkiem. W Salwadorze w sumie nie było tak drogo (10 USD za własny pokój w Alegrii), a warunki znacznie lepsze niż w tanich hotelach w Hondurasie czy Nikaragui.  Najtańszy nocleg wyniósł mnie 2,5$ (za hamak pod daszkiem na wyspie Ometepe w Nikaragui), a za 4,5$ w Matagalpie miałem własny pokój (bez łazienki i okna co prawda:). Do tego 3 noce w Meksyku spędziłem w autokarach.
Jak widać z zestawienia, najdroższy jest bilet lotniczy. Od czasu do czasu można znaleźć różne promocje, ale mi się niestety nie udało. Jak już jesteśmy na miejscu to drogo wcale nie jest, a z pewnością jest znacznie taniej niż w Polsce. Bilet na metro w Ciudad de Mexico kosztuje 3 peso, czyli około 75groszy :)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Zapiski z końca wyprawy

Pewnie to już jeden z ostatnich wpisów dotyczących kończącej się właśnie wyprawy... No niestety wszystko co dobre szybko się kończy... Chętnie zostałbym dłużej w tej części Świata, ale obowiązki wzywają, no i kaska się kończy. Co do wydatków to zmieściłem się mniej więcej w moim limicie. Po powrocie przeanalizuje moje skrupulatne notatki dotyczące każdego wydanego peso i zaprezentuję statystykę. Ot takie badanie.

Anyways, skupmy się na razie na wyprawie, która jeszcze mimo wszystko trwa. Z Tapachuli bez większych problemów dotarłem do San Cristobal de Las Casas. Jest to najbardziej turystyczne miasto stanu Chiapas, słynne z powstania Zapatystów (link dać), którzy 1 stycznia 1994 roku zdobyli je na nieco ponad 30 godzin. Ciekawą miałem tam sytuację, ściśle nawiązującą do tego co pisałem o poznawaniu ludzi podczas podróży. Wysiadłem z autobusu około godziny 5 rano. Było ciemno, więc postanowiłem przeczekać na dworcu do świtu. Wtedy pojawił się inny bagpacker. Jak zwykle. -Cześć, cześć, skąd jesteś, jak długo podróżujesz? Nie będę wchodził w szczegóły. Skończyło się na tym, że po 30 min znajomości zamieszkaliśmy w jednym pokoju, bo kosztowało to prawie tyle samo co dormitorium (pokój wieloosobowy) a dodatkowo nie chcieliśmy budzić śpiących tam ludzi o 6 rano. Śmieszna sytuacja, ponieważ kiedy obudziliśmy się koło 11 po porannej drzemce, rozeszliśmy się i spotkaliśmy się ponownie dopiero koło 1 w nocy. W normalnym życiu takie sytuacje raczej się nie zdarzają, ale podczas podróżowania to nic dziwnego.
San Cristobal de las Casas okazało się bardzo przyjemnym miastem. Co ciekawe, było to jedyne miejsce podczas mojej eskapady, w którym nad ranem robiło się na prawdę zimno. Z dworca autobusowego do hostelu szedłem w bluzie i polarze oraz czapce na głowie. Dobrze, że choć zabrałem ze sobą te rzeczy. W dzień oczywiście robiło się ciepło i krótki rękawek w zupełności wystarczał. San Cristobal to typowy przykład miasta kolonialnego, z wieloma kościołami i uliczkami ze starymi domami. Przyciąga to wszytko wielu turystów i poznanie tam ciekawych osób z zagranicy nie stanowi większego problemu. Jedyny wieczór który tam spędziłem minął na piciu piwka i rozmowach z Argentynką, Francuzem i Meksykaninem. Oprócz tego, że samo miasto jest ciekawe, interesujące są również jego okolice. W odległości około 10 km znajduje się zamieszkałe przez ludność indiańską z plemienia Majów-Totzil miasteczko Chamula. Miejscowi Indianie  chodzą ubrani w tradycyjne stroje i mówią swoim własnym  językiem. Niestety robienie im zdjęć jest surowo zabronione, dlatego próżno ich szukać w mojej galerii. Znaleźć je można natomiast bez problemu w Internecie, choćby na tej stronie (http://home.schule.at/teacher/evelinerochatorrez/hp/englisch/eindex.htm). Największą atrakcją Chamuli jest Iglesia de San Juan Bautista, czyli kościół świętego Jana Chrzciciela. Zrobi on wrażenie, nawet na osobach, dla których zwiedzanie kościołów to najnudniejsza rzecz na świecie… Dlaczego? Otóż nie jest to zwykły kościół. Mimo, iż oficjalnie to świątynia katolicka, nie ma w nim księży. Podłoga wyłożona jest igliwiem, a wierni układają na podłodze jedzenie i napoje (w tym alkohol i koka kolę), modlą się w języku totzil, odpalają kadzidła i odprawiają swoje rytuały. Po obu stronach nawy głównej znajduję się masa świętych figurek (w tym kilkanaście Matek Boskich), do których można modlić się w konkretnych sprawach. Klimat tego miejsca jest niesamowity. Obowiązkowy punkt programu podczas wizyty w San Cristobal.
Ratusz. San Cristobal  de las Casas.

 Kościół San Juan Bautista. Chamula.


Kolejnego dnia wieczorem wyjeżdżałem już autobusem do miasta Meksyk. Wcześniej jednak postanowiłem zobaczyć zespół jaskiń – Grutas de Rancho Nuevo. Zwiedzać można tam 700 metrowy, oświetlony odcinek z wybetonowanym chodnikiem. Nawet warto. Po wyjściu na zewnątrz zobaczyłem tabliczkę informującą o możliwości wynajęcia sobie konia. Całkiem tanio. Na jedną rundę, 15 minut, pół godziny lub godzinę. Postanowiłem spróbować :) Problem w tym, że nigdy wcześniej nie jeździłem konno i nie wiedziałem, czy w tym wypadku zgodzą mi się takowego konika wypożyczyć.  Chłopak, który jako pierwszy podszedł do mnie przy koniach powiedział, że nie mam się czym martwić i że on mnie poinstruuje. Wsiadłem na rumaka a „stajenny” prowadził go za wodze. Już chciałem się spytać, czy mogę spróbować samemu gdy chłopak uprzedził moje pytanie. Poinstruował jak kierować poczciwym, acz jurnym zwierzęciem no i rozpocząłem przygodę ;) Po kilkunastu metrach lekko popędziłem Khamse i stwierdziłem, że coś robię źle. Pomyślałem, że jeszcze kilka minut i odpadnie mi tyłek. Odbijałem się od siodła jak piłka! Zwolniłem i spytałem się, co mam robić? -Używaj nóg. Powiedział Jose i się zaśmiał. Później wszystko było już OK i stwierdziłem, że podoba mi się ta jazda :) Ostanie 10 min mój „opiekun” puścił mnie już całkiem w samopas i poszedł grać w piłkę z kolegami. Z końskiego grzbietu nagrałem krótki filmik.

 Khamse i jego tymczasowy pan.

Jeszcze tego samego dnia wyjechałem z San Cristobal do miasta Meksyk. Podróż nocnym autobusem trwała około 14 godzin i oprócz tego, że wylałem kubek kawy na siebie, siedzenie i nogę pewnej pasażerki, nic się nie wydarzyło. Przez ostatnie dni w mieście postanowiłem zamieszkać w samym centrum w okolicach głównego placu – Zocalo. Tak dla odminy. Pierwszego  z ostatnich trzech dni pojechałem do bardzo oddalonej od centrum dzielnicy Xochimilco słynącej z kolorowych łodzi zabierających pasażerów na rejsy po okolicznych kanałach. Niektóre łodzie przewożą osoby, inne służą za sklepy i bary. Jako że byłem tam sam nie skorzystałem z tej atrakcji – wyszłoby zbyt drogo no i trochę nudno byłoby samemu.
 Xochimilco

Następnego dnia – w niedzielę postanowiłem się wybrać do muzeum Lwa Trockiego, mieszczące się w domu, w którym spędził ostatnie lata swojego życia. Tam też został zabity czekanem. Muzeum ciekawe, dużo dowiedziałem się o Trockim, w szczególności z ponad godzinnego filmu wyświetlanego w jednej z sal. Po wizycie ruszyłem w kierunku zabytkowego centrum dzielnicy Coyoacan (w niej właśnie znajdowało się muzeum) i na chwilę zatrzymałem się w sklepie ze świeczkami. Takiego sklepu jeszcze w życiu nie widziałem! 3 sale pełne ręcznie robionych świec. Świece różnych kształtów, rozmiarów i kolorów: gromnice, świece ozdobne a także całe kolekcje tematyczne malowanych świec-figurek: bożonarodzeniowe, mariachi, żółwie ninja i wiele innych. Ceny wysokie jak na Meksyk, ale absolutnie nie zaporowe. Po dokonaniu małych zakupów porozmawiałem chwilę z właścicielem. Okazało się, że biznes założył 50 lat temu jego ojciec, a obecnie firma składa się z 8 osób, w tym tylko dwóch pracowników spoza rodziny. Powiedziałem mu, że trochę już w życiu podróżowałem, ale takie miejsce widziałem po raz pierwszy. Oczywiście pozwolił mi obfotografować swoją kolekcję. Ze sklepu poszedłem na kryte targowisko Coyoacan,  które w niedzielę tętniło życiem. Zjadłem tam przepyszne tortas – jedną z krewetkami, drugą z surimi. Oprócz tego kupiłem trochę dziwnych owoców (między innymi bardzo aromatyczną guajawę-link wiki). Najedzony dotarłem do centrum Coyoacan. Stamtąd udałem się na stację metra, zahaczając po drodze o targ roślinny, gdzie podziwiać można było rośliny ogrodowe, u nas do zdobycia tylko  kwiaciarniach…
 Dom muzeum Leona Trockiego

 Sklep ze świecami. Coyoacan.

I tak proszę Pań i Panów, dotarłem do ostatniego dnia Eskapady Meksykańsko-Środkowoamerykańskiej. Było to już dość dawno temu, bo ten wpis,  zaczęty jeszcze w Meksyku, kończę w Turcji, gdzie po 7 miesiącach wróciłem do pracy :/ Trzeba zarabiać, żeby mieć na kolejne wyprawy. Uzależnienie jest, więc muszę je jakoś finansować :)  Ale wróćmy do dnia ostatniego…
Wylot miałem około 20:00 więc postanowiłem jeszcze coś zobaczyć. Pomyślałem, że dobrze byłoby udać się po raz kolejny do parku Chapultepec, odwiedzić choćby ZOO i zakupić parę pamiątek. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że park w poniedziałki jest zamknięty. Trochę mi to pokomplikowało plany. Dowiedziałem się jednak, że zachodnia część tego ogromnego parku otwarta jest codziennie, więc tamże się udałem.  Niestety żadnych pamiątek nie sprzedawali, ale było za to muzeum techniki. Może nie wielce okazałe, ale za darmo, więc skorzystałem. Najciekawsza  z całej ekspozycji była wystawa poświęcona wynalazkom Leonarda da Vinci. Można było na niej zobaczyć modele jego czołgu, samolotów, czy spadochronów.  Popołudniu wróciłem do hotelu, spakowałem się i pojechałem metrem na lotnisko. Szczerze powiedziawszy wcale nie chciało mi się wracać. Chętnie zostałbym dłużej w Meksyku, bo w końcu przyleciałem właśnie do tego kraju, a spędziłem  nim tylko koło 2tygodni… Trzeba wrócić i tyle. Jedyne co dobre, że jak wylądowałem w Europie – we Frankfurcie, to przywitała mnie tam piękna wiosenna pogoda – 21 stopni w cieniu i piękne słońce. Tak samo było później w Polsce podczas świąt Wielkiej Nocy.
Takim oto sposobem zakończyłem ostatni wpis dotyczący przebiegu mojej eskapady.  Będzie jeszcze jeden, ale taki bardziej „techniczny” o wydatkach, komunikacji, przygotowaniach i przydatnych rzeczach do wzięcia… Z Turcji bloga prowadzić nie będę, bo charakter mojego tu pobytu jest zupełnie inny niż bagpackerskie podróżowanie, a poza tym nie chcę robić konkurencji ;) mojej koleżance Skylar, która bloga o Turcji pisze od lat. Mogę jednak obiecać, że jak tylko rozpocznę kolejną wyprawę (jaskółki coś ćwierkają o Senegalu :D ) to powrócę do blogowania.
 Welcome to Europe.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Koło się "zamkło"... Przez Gwatemalę do Meksyku i ustęp o gangach.

Koło się "zamkło", pętla się "zacisła", klamka zapadła ;) Wróciłem do Meksyku. Jeszcze nie do miasta Meksyk, skąd mam lot za 6 dni, ale już znajduję się na terenie tego pięknego kraju. Przynajmniej nikt mnie na granicy żadnej już nie zatrzyma (a mam szczęście do takich rzeczy). Tym razem przekraczanie granic poszło bez problemów, choć oczywiście nie bez nieporozumień. Gdy przechodziłem z Gwatemali do Meksyku. Celnik meksykański poprosił o 262 peso czyli ponad 20$ jakiejś tam opłaty. Dałem mu to z bólem serca i spytałem czy przy wyjeździe znów będę musiał coś płacić... Dopiero wtedy facet zrozumiał, że ja wjeżdżam do Meksyku a nie z niego wyjeżdżam i w tym wypadku nie obowiązuje mnie opłata wyjazdowa :) Zwrócił mi pieniądze i przybił drugą pieczątkę w paszporcie (po raz pierwszy wbił mi stempel wyjazdowy). Na lotnisku w Meksyku na 100% będą się mnie pytali, dlaczego mam 2 pieczątki koło siebie z tego samego dnia. Ale już się zdążyłem przyzwyczaić do "przesłuchań" na granicach.

W Meksyku zatrzymałem się w miejscowości Tapachula - 15km od granicy. Polecił mi ją Jason rowerzysta. Po dłuższym pobycie w Ameryce Środkowej, Meksyk wydaje się być Europą, albo przynajmniej Stanami ;) Nawet czas trzeba zmienić - w AŚ jest tylko jedna strefa czasowa i nie posiadają tam czasu letniego. Centrum Tapachuli to normalne miasto z odnowionymi budynkami, pozamiatanymi ulicami, drogimi samochodami i ludźmi na ulicach po 22. Wszędzie bakomaty i miejsca gdzie można płacić kartą. W parkach nie ma martwych psów (wspomnienie z Managui) Luksus! Do tego pełno chińskich restauracji. To pozostałość po budowniczych kolei w tym regionie. No i nie ma czikenbusów!!! Praktycznie całą drogę z Nikaragui do granicy z Meksykiem w nich spędziłem i szczerze powiedziawszy mam ich dość. Komfort nie przeszkadza, ale pokonywanie 30km w godzinę jest nieco denerwujące.

Ostatni raz odzywałem się na tej platformie z miejscowości Alegria w El Salwadorze. Z tej przyjemnej, górskiej wioski udałem się do stolicy kraju, słynącego z gangów i przestępczości San Salwadoru. Tak jak pisałem, celowo wybrałem się do tej metropolii, żeby sprawdzić czy naprawdę jest taka straszna. Szczególnie, że słyszałem kilka dobrych opinii o tym mieście.

San Salwador zdecydowanie bardziej przypomina stolicę niż Managua w Nikaragui. Więcej jest dużych budynków, szerokich arterii i no i co najważniejsze - centrum (przynajmniej w dzień) pełne jest ludzi. Do miasta przyjechałem około 10 rano i zostałem w nim do 7 rano dnia kolejnego. Nikt mnie nie pobił, okradł ani nie oszukał. Także nie taki diabeł straszny. Choć to, że miasto nie do końca jest bezpieczne widać na każdym kroku. W Gwatemali, Hondurasie i Nikaragui, przed bankami stali uzbrojeni w strzelby (typu szotgan;) ochroniarze. W San Salwadorze takich ochroniarzy widać praktycznie wszędzie: na stacjach benzynowych, w centrach handlowych, w kinie, a nawet na cmentarzu!!! Do tego każdy budynek przypomina więzienie: wysoki mur, drut kolczasty, przewody pod napięciem... Tak to już jest jak się mieszka w mieście o jednym z największych wskaźników przestępczości. W rzeczywistości sprawa wygląda tak - nikt nie powinien nas okraść ani napaść jeśli:

-nie świecimy złotem na lewo i prawo
-poruszamy się w dzielnicach bezpiecznych lub w miarę bezpiecznych (o tym czy dzielnica jest bezpieczna mieszkańcy wiedzą bardzo dobrze i z pewnością ostrzegą nas, jeśli zmierzlibyśmy w zlym kierunku)
-w nocy korzystamy z taksówek (autobusy przestają kursować po 21).

W SS zwiedziłem centrum, muzeum antropologii w dzielnicy drogich hoteli i poszedłem sobie do kina. Centrum miasta jest ciekawe, bo klasycznego centrum nie przypomina. Generalnie jest to jeden wielki targ z kościołami i budynkami rządowymi wyrastającymi ponad niskie stragany. Oprócz zakupów nie ma tam za dużo atrakcji. Muzeum antropologii miesci się dość daleko od centum (prosty dojazd autobusem)
koło Hiltona i Sheratona, gdzie uzbrojonych strażników jest cała masa :) Muzeum OK. Dowiedziałem się jak wygląda kakao i indigo - niegdyś jedne z najważniejszych produktów eksportowych Salwadoru, a także, że z liści kukuryudzy można zrobić lalkę :) Co do kakao to w Salwadorze w wielu miejscach można kupić domowej roboty pitną czekoladę bez mleka. 100% kakao i dużo cukru. Całego kubka nie byłem w stanie wypić, takie to sycące. Po muzeum wróciłem do spokojnej dzielnicy, w której znajdował się mój hostel i wieczorem poszedłem do kina. Do kina w Ameryce Środkowej iść warto. Bilet kosztuje 2-3 dolary :)

Nie da się pisać o Salwadorze i przestępczosci nie wspominając o maras czyli gangach. Jak za wiele złych rzeczy w Ameryce Łacińskiej również  za ogromną ilośc gangów odpowiedzialny jest Wujek Sam. Maras powstały w Los Angeles w latac 80-tych XX wieku, kiedy to Gwatemala, Salwador i Nikaragua trapione były przez wojny domowe. Do Stanów uciekła duża liczba osób, które zamieszkały w południowych metropoliach. Tam również nie były bezpieczne i zaczęły organizować się w celu obrony przed atakami ze strony już istniejących gangów. W mniej więcej ten sposób powstały 2 luźne, choć na wzajem zwalczające się organizacje: Mara Salvatrucha (MS 13) i Mara 18. Słyną one z brutalności i tatuaży. Tatułaże (nawet na twarzach) odgrywały bardzo ważną rolę - po nich moża było rozpoznać choćby rangę gangstera, ale obecnie odeszły w zapomnienie, jako że według prawa samo posiadanie gangsterskeigo tatułaża grozi więzieniem. Inną formą oznaczania przynależności do gangu jest tagowanie swojego terytorium, czyli umieszczanie podpisów malowanych sprayem na wszelkich budynkach. Chłopaków to robiących miałem okazję zobaczyć :) W sumie to prawie wszędzie w San Salwadorze widać tagi. W jednych miejscach jest ich więcej, w innych mniej. Ale wróćmy do historii... Kiedy wojny w AŚ się pokończły, Stany zaostrzyły politykę imigracyjną i zaczęły masowo wydalać osoby choćby podejrzane o przynależność do gangów. Nie informowano oczywiście państw docelowych, za co dana osoba jest deportowana. W ten sposób do Salwadoru, Hondurasu i Gwatemali (Nikaragui i Meksyku w mniejszym stopniu) napłynęła w latach 90tych i w pierwszej dekadzie XXI wieku fala młodych członków gangów, którym nie za bardzo chciało się pracować za 2-3 dolary dziennie (o ile taką pracę mogli w ogóle znaleźć). Przenieśli swoje struktury z USA i w niestabilnych po wojnach i biednych krajach zadomowili się na dobre. Las Maras zajmują się sprawami typowymi dla tego rodzaju działalności, czyli handlem i przemytem narkotyków, przemytem nielegalnych imigrantów, handlem żywym towarem a także wymuszeniami. Jakiś czas temu kierowcy autobusów w San Salwadorze zastrajkowali i wstrzymali przewozy, gdyż nakazały im to maras. Chodziło o wywarcie presji na władze w celu złagodzenia polityki w stosunku do gangów. Kierowcy zastrajkowali, bo bali się ataków. Jak widać oddziaływanie tych "organizacji" jest bardzo silne. Z drugiej strony słyszał ciekawą opinię o przemocy w Ameryce Środkowej. Jeden Salwadorczyk powiedział mi, że to prawda, że u nich jest dużo zabójstw, strzelanin i kradzieży, ale wszystkie te rzeczy robione są w jakimś celu (najczęściej dla pieniędzy). Powiedział następnie, że cieszy się, że nie żyje w kraju, w którym uzbrojone dzieciaki strzelają do nauczycieli i współuczniów... W Slwadorze przynajmniej wiesz czego się spodziewać ;) Obecnie wszystkie kraje prowadzą twardą politykę walki z gangami (wykorzystywane jest nawet wojsko), ale nie do końca zdaję się ona skutkować. Jeśli kogoś interesuje bardziej ten temat (jak choćby mnie :) polecam dokument na youtubie:

Z Discovery, po hiszpańsku



Wróćmy do trasy z Salwadoru do Meksyku. Drogę pokonywałem krótkodystansowo lokallnymi środkami transportu. Uwzględniały one czikenbusy, minibusy, tuk-tuka. taksówkę i łódź. Było powoli ale ciekawie. Po wyjeździe z Salwadoru postanowiłem jedynie przejechać Gwatemalę. Odpuściłem sobie największe atrakcje - jezioro Atitlan i miasto Antigua (no nic, trzeba będzie wrócić :) i postanowiłem przenocować w małym kurorcie nad Pacyfikiem - Monterrico. Bardzo przyjemna miejscowość. Hostele i hotele przy czarnej plaży, trochę turystów z zagranicy i pełno barów i restauracji. W porównaniu z San Juan del Sur w Nikaragui, Monterrico jest zdecydowanie bardziej senne. Wszystko wskazuje na to, że była to ostatnia miejscowość, gdzie mogłem zobaczyć Pacyfik. Dziś w nocy (za 1,5h) wyruszam do San Cristobal de las Casas w głębi lądu. Stamdąd z powrotem do DF.

Znów nie dałem rady wrzucić zdjęć. A nazbierało się ich trochę... Cóż, co się odwlecze to nie uciecze.

Centrum.San Salwador.

Normalny dom z normalnym ogrodzeniem (pod prądem). San Salwador.

Monterrico.